Archiwa kategorii: Aktualności

Animacje filmowe Wiesława Zięby w Galerii Satyrykon

Wiesław Zięba
Grafik, satyryk, rysownik, reżyser filmów animowanych. Debiutował w 1972 w tygodniku „Szpilki”. W tym samym roku rozpoczął pracę w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, a od roku 1983 w Studiu Miniatur Filmowych w Warszawie. Od 1980 roku reżyseruje filmy w oparciu o własne scenariusze, plastykę i animację. Jest również autorem filmów reklamowych. Stale współpracuje
jako ilustrator podręczników szkolnych z Wydawnictwem Szkolnym i Pedagogicznym. Od 2015 jest ekspertem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Został nagrodzony, m.in.: nagrodą tygodnika „Film” za najlepszy debiut reżyserski roku 1980, w filmie krótkometrażowym, nagrodą Jury Dziecięcego za film „David i Sandy” na 10. Ogólnopolskim Festiwalu Filmów i Widowisk Telewizyjnych Poznań
(1988). Za film „Magiczna Gwiazda” (2004) otrzymał nagrody w Kairze (Egipt), Niszu (Serbia) i Gdyni. W 2008 roku otrzymał nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Srebrny
Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

zięba

Wiesław Zięba „Tajemnice wiklinowej zatoki” i „David & Sandy”

Metaliczne łzy nad zachodem słońca

Pełnometrażowe kino dla dzieci z połowy lat 80 cechowała mroczna wyobraźnia, wiodąca młodego widza w rejony psychodelii. To były bajki, na których ze strachu wchodziło się pod fotel kinowy i mówiąc na marginesie, tak właśnie spędziłam swój pierwszy seans. Zupełnie inaczej było z filmami Wiesława Zięby: jasnymi, pełnymi przygód, lecz sławiącymi takie wartości, jak przyjaźń, pomoc i solidarność. Nie chodziło tu tylko o wzmacnianie ich pomiędzy dziećmi, lecz także budowanie sympatii międzygatunkowej, jak w przypadku szczura i piżmaka z „Tajemnic wiklinowej zatoki”, a nawet międzyplanetarnej, jak w przypadku Ziemian (chłopca, psa i orła) oraz ufoludka zmuszonego ukryć drogocenną perłę. Naczelna zasada zaangażowania, współpracy i wzajemnego wsparcia pomagała bohaterom przebrnąć przez wszelkie stające na drodze przeszkody. A nas przekonywała, że pokonanie ich jest możliwe, choćby to były: powodzie, nadchodząca zima, myśliwi na safari albo żądny złota zły kapitalista.

Dlatego te filmy nazywa się polską wersją Kina Nowej Przygody. Jak pisał Michał Oleszczyk: „To była ta sama Nowa Przygoda, którą rozkręcili Spielberg, Indiana Jones, „Piramida strachu” i tuziny innych miłości, szmaragdów i krokodyli – eskapizm opływającej w dostatki Ameryki, chłeptany przez wychudzone demoludy jak najsłodsza ambrozja. Nieprzypadkowo więc jedną z figurek, jaką Dawid odnajdywał w tajemniczej świątyni, był sam, błyskawicznie rozpoznawalny, E.T.” Oczywiście Nowa Przygoda w polskiej, wówczas wyposzczonej wersji.

Najpierw jednak Wiesław Zięba pracował w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, gdzie wprawiał się w animacji, pracując przy najbardziej kultowych polskich dobranockach, takich jak „Reksio”, „Bolek i Lolek” czy „Wyprawa profesora Gąbki” oraz tych mniej znanych, lecz niezwykle wyrazistych jak „Wariacje Trąbla” czy „Pampalini. Łowca zwierząt”. Równolegle realizował autorskie animacje krótkometrażowe, najczęściej o charakterze groteski czy filmowego żartu, gdyż komizm zawsze był jego domeną. Wszak debiutował, jak zresztą wielu wybitnych twórców animacji – że wspomnę tylko Maxa Fleischera, Emila Cohla i Zenona Wasilewskiego – jako karykaturzysta. Jego pierwsze rysunki satyryczne pojawiły się w „Szpilkach” w tym samym 1972 roku, gdy rozpoczął pracę jako animator. Ślady tego rodzaju myślenia są widoczne w wielu projektach postaci jego autorstwa, lecz widać też ich wpływ na rysunki Edwarda Lutczyna, z którym współpracował przy „Davidzie & Sandy”. Komiksowa poetyka przerysowania sylwetki i gestu, kadrowanie „okienkami”, które rozszerzają się lub zwężają na ekranie, a przede wszystkim moc szczegółów widocznych na drugim i trzecim planie – to cechy, jakich wtedy próżno by szukać w filmie animowanym. Postaci unoszą się zamknięte w bańkach mydlanych jakby wyjęte żywcem z disney’owskiej animacji. Pamiętam, że jako dziecko najbardziej zachwycałam się postaciami z kosmosu – wirujące zielonkawe obwarzanki złożone z pierścieni przypominały mi kostiumy Pi i Sigmy, „Przybyszy z Matplanety”, tyle że tu świeciły czerwonymi ślepiami, emitując fale, które zaburzały ludzkie postrzeganie, a w maszyny wpuszczały wirusy. Jak śpiewa w tym filmie Seweryn Krajewski: „każde ufo jest krasnalem z dawnych lat”, ale najmłodsi nie dają się zwieść tym słowom, wiedząc, że kosmici płacząc metalicznymi łzami, zwiastują świat, jaki dopiero ma nadejść. Wówczas wydawało się, że będzie nim po prostu kapitalizm, naśladowanie amerykańskich wzorców, ale miało się okazać inaczej.

Z dzisiejszej perspektywy to świat „Wiklinowej Zatoki”, choć zupełnie inaczej zbudowany, wydaje się przyszłościowy. Skupiony na życiu zwierząt, ściśle zależnym od warunków naturalnych, pogody i wynikającym ze zmian pór roku, nazwalibyśmy dziś filmem ekologicznym. Wczucie się w potrzeby i problemy zwierząt, tłumaczenie, czym różni się piżmak od nutrii i bobra to początki współczesnej antropozoologii. Wrażliwość, jaką rozbudza portretując zwyczajne zjawiska niczym niezwykłe fenomeny przyrody, przypomina świeże spojrzenia dziecka, które pierwszy raz widzi mgłę, ulewę czy księżyc w pełni. Jednocześnie reżyser nigdy nie pozwala nam zapomnieć, że to, co oglądamy, zostało narysowane lub namalowane na papierze. Dlatego różnicuje techniki, łącząc kreskówkowe postaci: klasycznego, żartobliwego szczura czy obwiedzionego białą konturówką kreta z bardziej realistycznym piżmakiem, a wszystko to na malarskim tle sitowia czy podziemnych nor zwierząt. Oglądając „Tajemnicę…” błądzę wzrokiem po całym kadrze, bo niemal w każdym ujęciu jest na to czas, a Zięba nie pozwala widzowi doszczętnie zatopić się w historii. Zostawia dystans między spojrzeniem a jego celem, mnożąc faktury, wzory i rodzaje rysunku w pojedynczej scenie. Rysuje słoje na drewnie i stawia na środku surrealistyczny dzban. Oddaje mokry piasek na brzegu, jednocześnie zupełnie odrealniając jednolitą, płaską powierzchnię rzeki, rozdzielającej bohaterów i wprowadzającej stałe napięcie samym faktem, że wciąż płynie. Dzięki temu, obraz w „Tajemnicy Wiklinowej Zatoki” wciąż jest pełen kontrastów, których granicą z jednej strony jest abstrakcja: np. w scenach, gdy komiksowe oczy bohaterów wypełniają cały kadr. Z drugiej zaś buduje nastrojowy realizm choćby w akwarelowej scenie wschodu słońca, gdy nad zatoką szybują sznury gęgających ptaków. Jednocześnie jest tu miejsce na absurdalny żabi chór, parafrazujący operowe arie. A także na popartowy, bluesowy wideoklip, w którym faluje mur z kolorowych cegieł a solarny okrąg przypomina hipisowski ornament.

I to właśnie słońce pojawia się w obu filmach jako dwa różne byty: w „Tajemnicy Wiklinowej Zatoki” gaśnie jak żar niedopałka w zielonkawym horyzoncie wody, w „Davidzie & Sandy” obiecuje ten wymarzony, oranżowo-złoty zachód z pocztówek, kojarzący się wtedy z Zachodem.

Amerykański sen polskiej animacji ogląda się dziś już z uśmiechem. Dużo bliżej mieszkają wciąż szczerbate gryzonie: Archibald, Serafin i Szafir. Teraz razem z nimi oglądamy nasz zachód.

Adriana Prodeus

 

 

Wygrać Satyrykon to jak zostać królem strzelców ligi hiszpańskiej

Urodzony w 1979 roku w irańskim Teheranie artysta zdobył Grand Prix tegorocznej edycji Satyrykonu – stworzona przez niego praca „Komuniści!” błyskawicznie przykuła uwagę jurorów, a jej polityczny wydźwięk był głośno komentowany zarówno przez komisję, jak i miłośników satyry. Seyed Ali Miraee osobiście odebrał tę niesamowicie ważną dla niego nagrodę, a podczas pierwszej wizyty w Legnicy poświęcił nam kilka minut: w krótkiej rozmowie nawiązał do początków znajomości z Satyrykonem, trudności związanych z rozśmieszaniem ludzi w niedemokratycznym kraju i reakcji rodzimych mediów na jego osiągnięcie. Wysłuchał Michał Przechera (LCK).

Jesteś po raz pierwszy w Legnicy. Polska kojarzy ci się z czymś szczególnym?

- Polska w kwestii rysunków, grafik i, przede wszystkim, projektowania plakatów jest bardzo znana i ma swój własny styl, który wpływa na artystów na całym świecie poprzez prezentowanie swojej bogatej perspektywy. Odwiedzenie galerii sztuki i możliwość uczestnictwa w Satyrykonie w kraju o tak bogatych tradycjach jest dla mnie ekscytujące. To także bardzo miłe, że nagrodą w tym konkursie jest symboliczny złoty klucz do miasta.

Kiedy dowiedziałeś się o Satyrykonie? To rozpoznawalny konkurs wśród irańskich artystów?

- Możecie w to nie uwierzyć, ale byłem zaledwie czternastolatkiem, gdy w magazynie rysowników Kayhan zobaczyłem regulamin Satyrykonu – ta sytuacja miała miejsce w 1993 roku. Irańscy artyści doceniają polską sztukę graficzną, a konsekwencją tego jest fakt, że legnicka impreza to w moim kraju rozpoznawalne wydarzenie. Gdy miałem 27 lat, zdobyłem główną nagrodę na festiwalu w Rumunii; w kolejnych latach udawało mi się odnosić również inne sukcesy, jednak najczęściej nie spotykałem się z gratulacjami kolegów po fachu. Gdy otrzymałem Grand Prix Satyrykonu, ich reakcja była jednak całkowicie inna. Jeden ze znajomych powiedział mi wtedy, że na przestrzeni 42 edycji tego festiwalu to pierwsza sytuacja, gdy główną nagrodę zgarnął artysta spoza Europy, a ten triumf można porównać do zostania królem strzelców piłkarskiej ligi hiszpańskiej.

Jak dowiedziałeś się się o otrzymaniu Grand Prix Satyrykonu?

- Telefonicznie – Sajjad Rafei, kolejny z Irańczyków wyróżnionych na Satyrykonie, zadzwonił z dobrymi informacjami. To niesamowite – w ubiegłym roku, dokładnie 12 czerwca, dostałem od niego SMS-a o wygraniu przeze mnie cypryjskiego festiwalu. Odpowiedziałem mu, że chciałbym, żebyśmy w przyszłości pojechali razem do Polski – do dziś mam tę wiadomość na telefonie. I jestem zaskoczony tempem urzeczywistnienia tych planów, bo moje marzenie spełniło się już dokładnie rok później.

Teraz możesz świętować, jednak w 2020 roku czeka cię spore wyzwanie: będziesz partycypował w pracach satyrykonowego jury.

- Uczestniczyłem już w tej roli w innych wydarzeniach związanych z rysunkiem, jak chociażby na festiwalu w Meksyku. Ocenianie prac na tak prestiżowej imprezie jak Satyrykon traktuję jak honor i wyróżnienie w mojej karierze – rywalizują tu najlepsi artyści z całego świata i możliwość pracy w jury odbieram jako niezwykle atrakcyjny sprawdzian.

Tegoroczny Satyrykon nieodłącznie kojarzy się z twoją pracą „Komuniści!” prezentującą połączenie twarzy Józefa Stalina i Kim Dzong Una. Obawiasz się czasami konsekwencji takich odważnych artystycznie i politycznie zestawień?

- Bardzo zaskoczyły mnie reakcje w Iranie. Współpracuję tam z dwoma reformatorskimi gazetami – jedna z nich odmówiła publikacji tej pracy ze względu na pewne „kwestie natury politycznej”. Finalnie „Komuniści!” zostali zaprezentowani w drugim z wydawnictw, które już czterokrotnie było zakazane – aktualna sytuacja tego pisma znów prezentuje się nieciekawie. Gdy artysta wygrywa nagrodę na międzynarodowym, prestiżowym festiwalu, gazety i agencje prasowe odnotowują to osiągnięcie. Mój międzynarodowy sukces spotkał się z reakcjami mediów, ale – pomimo poważania dla tej nagrody – nikt nie odważył się się na opublikowanie tej pracy. Nie zdecydował się na to nawet angielski oddział najbardziej renomowanej strony dotyczącej karykatury, który kierowany jest przez rząd. Jedyną gazetą, która wydrukowała moją grafikę był Ghanoon. To ciekawe, że ten tytuł został zamknięty – z innych powodów – kilka dni później.

Polityka towarzyszy nam na każdym kroku. Uważasz, że satyra może być efektywną bronią w walce z niesprawiedliwością rządzących?

- Wtrącanie do więzienia artystów satyrycznych udowadnia, że w tych społeczeństwach polemika z niesprawiedliwością jest efektywna. Spójrzcie tylko, co dzieje się w krajach Środkowego Wschodu – to najlepszy dowód na potwierdzenie moich słów.

Co sprawia, że chcesz rozśmieszać innych?

- We współczesnym świecie obserwujemy coraz więcej zmagań pomiędzy sprzecznościami. Na przykład dziś, pomimo szeroko rozpowszechnionych mediów społecznościowych i mediów w ogóle, ludzie czują się coraz bardziej samotni. Religijne rządy i komunistyczne reżimy jednoczą się i nie obchodzi ich opinia publiczna – to wygląda tak, jakby ludzkie szyderstwa nie były dla nich istotne. I te wszystkie sprzeczności stają się dla mnie najbardziej intensywnie prowokujące do śmiechu i rozśmieszania innych.

Ironia i czarny humor mogą zmienić świat na lepsze?

- Nie jestem przekonany, czy to możliwe, żeby zmieniać świat przez humor, ale w ten sposób na pewno możemy uczynić go bardziej znośnym. Gdy byłem dzieckiem, głośno śpiewałem, by przezwyciężyć strach przed samotnością i ciemnością. Teraz tę rolę pełni dla mnie rysowanie.

Pochodzisz z Iranu. Jak istotne w kontekście artystycznym jest twoje obywatelstwo?

- Aktualna sytuacja w moim kraju wpływa na artystów w podobny sposób, jak wyglądało to w krajach wschodniego bloku. Rządy niedemokratycznych państw niebezpośrednio, ale poważnie, oddziałują na twórców. Wyrażanie swoich koncepcji i poleganie na humorze to przykłady tego fenomenu – zarówno w literaturze, jak i w sztukach wizualnych czy performatywnych.

Zdjęcia Piotr Krzyżanowski

Quarks, elephants & Pierogi: Poland in 100 words

TWAROGI, SŁONIE I PIEROGI – POLSKIE PANOPTIKUM MAGDY BURDZYŃSKIEJ

 quarks-elephants-pierogi-okladki

Kulturę polską sportretować w stu słowach wydaje się być wystarczająco karkołomnym przedsięwzięciem, ale Magda Burdzyńska dokonała niemożliwego – zilustrowała te wszystkie słowa. Wyzwanie było to nie lada, zwłaszcza w przypadkach, kiedy wyraz „żółć” trzeba było oddać w gamie barwnej, którą sama artystka zawęziła w projekcie do czerwieni, różu, zieleni, czerni i bieli. O ile ekwiwalenty obrazowe bociana, lasu czy kina wyobraźnia podsuwa nam błyskawicznie, co nie znaczy wcale, że skojarzenia ilustratorki, absolwentki malarstwa krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki (dyplom obroniony w 2002 roku), poszły tą samą drogą, co nasze. Las Burdzyńska sprowadziła otóż do jednego tylko drzewa za to z plątaniną lnianopodobną i dziwnymi naroślami, kino natomiast prezentuje u niej człowiek z kamerą, a wcale nie ekran w ciemnej sali. Tych sto „wizerunków” słów niejednokrotnie wynikało z treści haseł, z dużym humorem i znawstwem napisanych przez Mikołaja Glińskiego, Matthew Daviesa i Adama Żuławskiego, do zaskakującej publikacji portalu Culture.pl wydanej przez Instytut Adama Mickiewicza (2018). Książka przygotowana po angielsku (adresowana do obcokrajowców na całym świecie) nosi intrygujący tytuł Quarks, Elephants and Pierogi. Poland in 100 Words i usiłuje wycisnąć esencję polskości z charakterystycznych słów – ich brzmienia („gżegżółka”), rejestru („malusieńko”), słodkich asocjacji („miód”), poważnych konotacji („polon”) czy kontekstu historycznego („powstanie”). Niełatwy zestaw, a artystka udźwignęła wizualnie także takie słowa jak: „i”, „decyzja”, „czas”, a nawet „cześć”.

Okładka w stylu glamour –  na pudrowo różowym tle złote lśniące litery tytułu i kształtny pierożek w promienistej potrójnej glorii – Pierre i Gilles  byliby zachwyceni! Na początku i końcu książki znalazły się świetne rozkładówki przypominające wyklejki, z patternem utworzonym z motywu jakby żywcem wyjętego z podręcznika do fonetyki (w którym ryciny zawsze przywoływały skojarzenia ze schematami anatomicznymi). Jest i alonż (uroczo zwany przedłużką) z czerwoną rzeką języka meandrującą w fantastycznym krajobrazie, nad którym na podobieństwo ptaków szybują pojedyncze sylwetki czarnych liter. Do publikacji dołączono także plakat z wyobrażeniem słowa „miłość”.

Wszystkie całostronicowe ilustracje do haseł rygorystycznie poddane zostały kompozycji tonda. Artystka wypełnia koła scenkami rodzajowymi (kapitalne paniusie do hasła „herbata” lub mężczyzna, pewnie Tadeusz, robiący selfie z rzeźbą portretową Adama Mickiewicza do hasła „pan”), powiększonymi pojedynczymi motywami („filiżanka”, „ziemniak”), dowcipnymi („miś” – bohater) lub eleganckimi portretami („posłanka”, „żubr”), surrealistycznym pejzażem („granica”) czy wręcz abstrakcją („apsik”, „piwo”). Umiejętności i talent Burdzyńskiej sprawiły, że projektantka bez trudu i odważnie żongluje stylizacjami, odwołując się zarówno do tradycji, jak i do współczesności. Często zahacza o „new look” powszechny w sztuce użytkowej lat 50. i 60. minionego stulecia, serwuje psychodelię, by za kilka stron sięgnąć do konstruktywizmu, inspiruje się sztuką prymitywną, ludową i wycinankami Matisse’a, ilustracją modową i street artem, rysunkiem satyrycznym i abstrakcją organiczną. Kompozycje artystki różnią się między sobą stopniem rygoru oraz intensywności graficznej. Ta niejednorodność świetnie koresponduje z rozmaitością rodzimych zwyczajów, tradycji, polskim wczoraj i dziś, charakterem i charakterkiem narodowym. Uczta dla oczu – pyszna to pozycja, nie tylko ze względu na tytułowe wiktuały. Smacznego życzy

 Anita Wincencjusz – Patyna

Bez tytułu Bez tytułu1 Bez tytułu2 Bez tytułu3 Bez tytułu4

Śrut nocnej ciszy…

Bartosz Bienias – Najlepszy Debiut Satyrykonu 2019 oraz laureat nagrody legnickich dziennikarzy im. Andrzeja Waligórskiego

Reguły wyboru laureata dziennikarskiej nagrody Satyrykonu im. Andrzeja Waligórskiego są równie pokręcone, jak barwna i już 42.letnia historia tego legnickiego festiwalu żartu i satyry. Już sam fakt, że jurorem może być każdy żurnalista, który pojawi się przy stole z rozłożonymi rysunkami, wydaje się dziwaczny. Jednak ewenementem na skalę światową (porównywalnym jedynie z międzynarodowym zasięgiem i sławą Satyrykonu) jest fakt, że to jurorzy z własnej kieszeni płacą za prawo do wybrania laureata! Na szczęście opłata nie należy do wygórowanych i od 27 lat jest niezmienna.

Nie inaczej było i w tegorocznej edycji. W kilkunastoosobowym gronie wybieraliśmy wyłącznie spośród dzieł polskich artystów. Warunek postawiony pracy laureata także był niezmienny. Musiała odpowiadać dewizie patrona, by „nie kopać leżącego, nie huśtać się na wiszącym, ale tępić głupotę we wszystkich jej przejawach”. A że wybieraliśmy w momencie głośnego medialnie, a zarządzonego centralnie, zmasowanego odstrzału dzików, to stało się! Wskazaliśmy na pracę „Dzik”, choć jej tytuł i autora poznaliśmy już po dokonaniu wyboru. Zaskakująco zgodnie jurorom wpadł w oko i przypadł do gustu czarny humor tej pracy opatrzonej żartobliwą parafrazą pierwszych słów znanej kolędy („Śrut nocnej ciszy…”). Fakt, że dzików nie strzela się śrutem, a zapewne nie robi się tego także nocą, nie miał w tej sytuacji znaczenia. Ważniejszy był ponury i syntetyczny dowcip tej pracy oraz fakt, że w tej szeroko komentowanej sprawie „głos się rozchodzi”. W tym przypadku głos
protestu autora pracy.

Co ciekawsze wybrana praca nie była jedyną wykorzystującą ten autorski pomysł. Jurorzy wybrali ją tylko dlatego, że postanowili nagrodzić jedną z nadesłanych na konkurs prac, choć równie dobrze mogli dziennikarskim laurem obdarzyć cały kolędowy tryptyk. Na stole leżały bowiem także dwie inne prace laureata o podobnym charakterze. Był zatem martwy, zapewne wigilijny karp i „Cicha noc, śnięta noc”, ale też spadające bomby na bliskowschodnie miasto opatrzone komentarzem „Dzisiaj w Betlejem”. Krótko, syntetycznie i na temat.

W ten właśnie sposób debiutant legnickiego konkursu, 26.letni Bartosz Bienias, absolwent liceum plastycznego w Nowym Wiśniczu i student wydziału grafiki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, został laureatem starszej od niego o rok dziennikarskiej nagrody Satyrykonu. W czerwcu, podczas wystawienniczej kulminacji wydarzenia, będzie miał okazję pokazać w Legnicy także inne swoje prace. Nie tylko plakatowe grafiki o podobnie gorzkiej wymowie ekologicznej, społecznej i antywojennej, ale też czarno-białe fotografie z pewnej kuchni, po obejrzeniu których najpewniej stracicie apetyt na wyżerkę. Ten zestaw fotografii przywołuje skojarzenia z filmowymi dokonaniami powojennego włoskiego neorealizmu chętnie operującego estetyką brudu i brzydoty, dowodzi także umiejętności komentowania przedstawianego mikroświata, a przy okazji reporterskich zdolności autora.

Ekspozycję uzupełnią także inne, nie mniej mroczne (także dosłownie) zdjęcia zaskakująco bezludnego nocnego Krakowa i jego fascynującej architektury oraz zestaw fotografii dowodzących skłonności do eksperymentu i sięgania po szlachetne techniki sprzed grubo ponad stu lat, takich jak nieprzewidywalna w ostatecznym efekcie guma chromianowa. Nieprzewidywalna, bo każda sporządzona w tej technice fotograficzna odbitka jest subtelnie inna, a zatem także wyjątkowa. Fotografia, serigrafia, owo malowanie światłem i eksperymenty z tym związane, to od ponad dziesięciu lat główny nurt zainteresowań młodego artysty. Plakaty i grafiki to już plastyczny dorobek ostatnich lat powiązany bezpośrednio z obranym kierunkiem studiów.

Grzegorz Żurawiński

Bartosz Bienias "Dzik"

Bartosz Bienias „Dzik”

Bartosz Bienias jest absolwentem Liceum Plastycznego w Nowym Wiśniczu. Studiuje na Uniwersytecie Pedagogicznym na Wydziale Grafiki w Krakowie. Pasjonat fotografii.

Niesamowicie skromny człowiek, wciąż nie mógł uwierzyć, że na Satyrykonie spotkało go takie wyróżnienie. Jest tak skromny, że… chciał zrezygnować z autorskiej wystawy!

- Zawsze, kiedy informuję artystę, że zdobył nagrodę Satyrykonu i proponuję mu wystawę, spotykam się z wielką euforią! Tymczasem pan Bartosz Bienias, laureat aż dwóch nagród Satyrykonu 2019: na najlepszy debiut i nagrody dziennikarzy, odpowiedział mi, że… nie czuje się jeszcze na taką wystawę gotowy! Coś takiego nie zdarzyło się nigdy w historii Satyrykonu! Na szczęście ten młody twórca, student z Krakowa, dał się jakoś przekonać, że powinien wykorzystać swoje 5 minut. Na wystawie jego prac zobaczymy nie tylko świetne plakaty, ale też fotografie młodego artysty, wykonane w dawno zapomnianej technice GUMA, którą pan Bartosz, bodaj jako jedyny w Polsce, nadal się fascynuje – mówi Elżbieta Pietraszko.

Na szczęście artysta dał się przekonać i do wystawy oraz do krótkiej rozmowy z nami:

Satyrykon: Satyrykonowy debiut – co zmotywowało Cię do wzięcia udziału w Satyrykonie?

Bartosz Bienias: Do uczestnictwa w konkursie zachęcił mnie mgr Mateusz Rafalski, mój wykładowca serigrafii. To on pokazał mi czym jest Satyrykon i zachęcił do wzięcia w nim udziału.

S: Student grafiki, absolwent ceramiki, pasjonat fotografii…. czego jeszcze nie wiemy o Bartoszu Bieniasie? Albo – która z tych dziedzin najbardziej Cię „pociąga”?

B: Myślę że fascynacja fotografią nie ustępuje, choć ostatnimi czasy kieruję się w kierunku grafiki. Jest to środek wyrazu w pełni kreowany przez twórcę, dający sporą dowolność w tworzeniu i wyrażaniu siebie oraz swoich poglądów.

S: Chciałbyś związać swoją przyszłość właśnie z grafiką?

B: Myślę że tak, choć gdybym wiedział co czeka na mnie w przyszłości pewnie kupił bym już dziś los na loterii. Myślę że takim losem na loterii jest właśnie grafika, którą teraz odkrywam. Być może w przyszłości okaże się że właśnie ten los był wygranym.

S: Seria prac „Dzik”, „Karp” oraz „Dzisiaj w Betlejem” – dotyka głośno komentowanych w mediach spraw. I połączenie ich z kolędami….  – dosyć mocny środek przekazu, szczególnie teraz, gdy pojawiła się fala krytyki wobec kościoła. Czy o taki efekt Ci chodziło? Czy też Twoje intencje są zupełnie inne?

B: Jest to niewątpliwie środek przekazu który może wywoływać kontrowersje. Zamierzone połączenie tych tematów niestety czasem wywiera niezamierzony efekt. Część osób mylnie odbiera prace jako szpilkę w stronę instytucji kościoła. Prace mają na celu między innymi napiętnowanie zachowań osób utożsamiających się z rodzimą w naszym kraju wiarą, postępujących wbrew jej przykazom i wskazówkom. Czy nie jesteśmy cyniczni podpisując się pod przykazaniem którego nie przestrzegamy? Czy nie jesteśmy śmieszni odwracając wzrok od spraw w których powinniśmy interweniować? Często śmiejemy się z postępowania Dewotki Ignacego Krasickiego nie widząc jej w sobie. Muszę zaznaczyć w tym miejscu że choć to w dzisiejszych czasach mało popularne, jestem osobą wierzącą. 

Bartosz Bienias z dyplomem przygotowanym przez ubiegłorocznego debiutanta Janka Janowskiego

Bartosz Bienias z dyplomem przygotowanym przez ubiegłorocznego debiutanta Janka Janowskiego

 

Artykuł opublikowany w Gazecie Wrocławskiej

Artykuł opublikowany w Gazecie Wrocławskiej

 

Wystawa prac Bartosza Bieniasa

Termin: 11 VI – 27 VII 2019
Miejsce: Satyrykon, Rynek 36
Wstęp wolny

 

42. edycja Satyrykonu

Miniony weekend (14-16 czerwca) to weekend pod znakiem Satyrykonu.

Rozpoczęliśmy w piątek barwnym korowodem, który zaprowadził nas do rzeźby Filipa. Tu nastąpiło odsłonięcie tablic poświęconych Marii Czubaszek i Zdzisławowi Smektale. Odsłonięcia tablicy pani Marii dokonał jej mąż, Wojciech Karolak, znakomity jazzman – był to najbardziej wzruszający moment tego dnia. Następnie udaliśmy się na funnyfoodową scenę, gdzie miała miejsce ceremonia wręczenia nagród.

Nie obyło się bez niespodzianek!

Tegoroczny laureat Grand Prix – Seyed Ali Miraee podczas odbierania nagrody z rąk prezydenta, postanowił również dać coś od siebie. Wręczył Prezydentowi Tadeuszowi Krzakowskiemu karykaturę, którą wykonał na kilka dni przed przyjazdem do Legnicy. Tego na Satyrykonie chyba jeszcze nie było! Nasz prezydent, znany z dobrego poczucia humoru z radością ten podarek przyjął.

Następnie otwarta została główna wystawa pokonkursowa (Muzeum Miedzi), odbył się wernisaż wystawy „Jubileusz na cztery ręce”, autorstwa Małgorzaty Lazarek i Przemysława Dunaja (Galeria Ring).
W sobotę kolejne dwa wyśmienite wernisaże: wystawa Bartosza Bieniasa, najlepszego debiutanta Satyrykonu 2019 i laureata przyznawanej przez dziennikarzy nagrody im. Andrzeja Waligórskiego (Galeria Satyrykon). A także otwarcie wystawy ilustracji Magdaleny Burdzyńskiej „Quarks, Elephants&Pierogi. Poland in 100 words” (hall Starego Ratusza), będące jednocześnie światową prapremierą książki – albumu (premiery odbędą się jesienią m.in. w Londynie i Nowym Jorku), skierowanej do zafascynowanych Polską obcokrajowców. Publikacja otrzymała w tym roku tytuł Najpiękniejszej Książki Roku.

Na zakończenie w niedzielę mogliśmy posłuchać koncertu Jana Młynarskiego i jego Warszawskiego Combo Tanecznego, podczas którego artyści przenieśli nas w klimat dawnej Warszawy.

Przez trzy satyrykonowe dni w centrum Legnicy odbywało się miasteczko Funny Food, z pysznym jedzeniem, wieloma koncertami, prezentacjami i występami dla małych i dużych.

Sami zobaczcie jaki był tegoroczny Satyrykon:) I zapraszamy na trwające wystawy Satyrykonu.

WR190614PK_B388 WR190614PK_B351 WR190614PK_B333 WR190614PK_B321 WR190614PK_B300 WR190614PK_B242 WR190614PK_B225 WR190614PK_B219 WR190614PK_B205 WR190614PK_B165 WR190614PK_B145 WR190614PK_B144 WR190614PK_B141 WR190614PK_B077 WR190614PK_B045 WR190614PK_B028

 

 

Jubileusz na cztery ręce

Jubileusz na cztery ręce, czyli 20 lat Satyrykonu Małgorzaty Lazarek i Przemysława Dunaja

Termin: 12 VI – 21 VII 2019
Wernisaż: 14 VI 2019 r. (piątek), godz.19.00
Miejsce: Galeria RING, Rynek 12

O wystawie

Wystawa składa się z dwóch indywidualnych prezentacji Małgorzaty Lazarek i Przemysława Dunaja. Punktem wyjścia proponowanej narracji jest spotkania autorów na Satyrykonie w 1999 roku. Ekspozycja rozchodzi się w dwóch kierunkach i pokazuje prace, które powstały od tamtego czasu. Upływające lata zaznaczono graficznym znakiem – przerywaną linią z wektorami. To pewnego rodzaju kalendarium obejmuje dwie dekady z życia autorów. Całość pokazu budują rysunki satyryczne i prasowe, ilustracje, ale też inne formy twórczej aktywności Lazarek i Dunaja.

Autorzy pragnęliby, aby widzowie oprócz kontaktu z ich twórczością zastanowili się nad kilkoma prawdami natury ogólnej: nieuchronnością upływającego czasu, słusznością podejmowanych wyborów, wzlotom i upadkom oraz nad siłą przyjaźni, której należy szukać również w pomyśle na tę wystawę.

Bogaci w magnez

Małgorzata Lazarek:

Urodziłam się nieopodal źródeł rzeki Warty. Sądzę, że pora i miejsce urodzenia miało fundamentalne znaczenie dla mojej przyszłości. Jurajska woda wypływająca ze źródeł rzeki Warty jest wysoko zmineralizowana, bogata w magnez. Ogólnie wiadomo, że magnez wpływa na dobry nastrój i pozytywne patrzenie na świat. Podobną reakcję wywołuje zjadanie czekolady. Teoria że poczucie humoru bierze się z wody jurajskiej, odkryta została przez znanego wszystkim satyryka Roberta Szecówkę, pochodzącego także z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Jest to prawda już ogólnie znana i wielokrotnie empirycznie sprawdzona. Siedem to magiczna cyfra, a ja właśnie siódmego kwietnia przyszłam na świat. Przypadek? Nie sądzę.

Przemysław Dunaj:

Aby zrozumieć, skąd się jest, należy moim zdanie wyjechać gdzieś daleko, choć niekoniecznie na koniec świata. Urodziłem się i wychowałem w Kaliszu, ale z czym to się wiąże i co z tego może wyniknąć, zorientowałem się dopiero, gdy stałem w kolejce w sklepie spożywczym, bodaj w Gdańsku. Było to na jakiejś szkolnej wycieczce. Stałem tam i układałem sobie w głowie jakiś czytelny komunikat, który zaraz miałem wyrecytować pani sprzedawczyni. I nagle, nie bez pewnego przestrachu, skonstatowałem, że wyleciała mi z głowy ogólnopolska nazwa szneki. Tak się mówiło w domu moich sąsiadów, gdzie spędzałem mnóstwo czasu. Im bliżej byłem lady, tym bardziej uniwersalna drożdżówka osuwała się w studnię niepamięci i to coraz głębiej i głębiej. Ostatecznie poprosiłem o „ciastko”, no i jakoś wybrnąłem z tej głupiej sytuacji.

Rysunki, opowiastki oraz inne kwiatki

Małgorzata Lazarek:

Pierwsze próby malarsko-graficzne odbyłam już we wczesnym dzieciństwie, wyskrobując szpikulcem kwiatki na obudowie nowego telewizora. W związku z tą pracą nie doczekałam się niestety aplauzu Rodziców. W szkole podstawowej reakcja odbiorców na moje artystyczne realizacje była dwojaka. Niespodziewane odkrycie przez wychowawcę moich karykatur nauczycieli spowodowało „obniżkę” oceny i jednocześnie dużą popularność wśród rówieśników. Zaistniał także duży popyt na moje rysunki, które z powodzeniem sprzedawałam w szkolnym sklepiku, a zarobione na czarno pieniądze wydawałam na pączki i czekoladki. Zrozumiałam wtedy, że twórczość artystyczna to dobra droga do sukcesu towarzyskiego i finansowego. Zwłaszcza że rysowanie nie sprawiało mi kłopotów, wręcz przeciwnie.

Przemysław Dunaj:

Ze swojego dzieciństwa, które przypadło na czas osławionych dzieci kwiatów, nie pamiętam prawie żadnych kolorów. To znaczy pamiętam: czerwoną straż pożarną, niebieskiego koguta na warszawie pogotowia albo milicji… A poza tym prawie wszystkie możliwe odcienie szarości. Tak to zapamiętałem i tak to wygląda na moich rysunkach cudem zachowanych z tamtych czasów: długopisowy kontur bez kolorów. Kolorów z dzieciństwa nie zwrócą mi również stare fotografie, ponieważ też są czarno-białe. Śluby, wesela, pikniki na trawce, jakieś molo, zakładowa wycieczka… Ojciec w mundurze, mama z koleżankami przed szkołą, ten nie żyje, tamten zwariował, a ten wyjechał do Australii… Dziewczynka w krakowskim serdaczku będzie opiekować się niemiecką emerytką, ta z kokardką stoczy nie do końca udaną batalię o swoje młodożeństwo. Ten chłopczyk też jeszcze nie wie, co go czeka. Kurcze, miało być wesoło…

Małgorzata Lazarek:

Pierwszym dziełem sztuki, które podziwiałam, był obraz przedstawiający żaglowiec na wzburzonym morzu. Obraz ten otrzymała w prezencie moja mama od konkubentki głuchoniemego lokatora naszej kamienicy. Pani ta wykonała obraz w więzieniu, odsiadując wyrok za oblanie kwasem solnym swojego niewiernego narzeczonego. Aktualny narzeczony, ów głuchoniemy, przez pewien czas był podejrzewany, że to on jest tym słynnym wampirem napadającym w tamtych latach na kobiety. W związku z tą sprawą mieszkał u nas oficer śledczy milicji obywatelskiej. Jednak okazało się, że to nie głuchoniemy stał się bohaterem naszego domu. Stał się nim lokator z pierwszego piętra, który w napadzie białej gorączki roztrzaskał siekierą wszystkie drzwi w kamienicy, jednocześnie wbił słup telegraficzny do okna naszej sypialni. Wtedy właśnie, wracając ze szkoły, zauważyłam zbiegowisko gapiów i grupy milicjantów goniących uciekającego nagusieńkiego sąsiada z białą gorączką. Pani Irenka, sąsiadka tego szaleńca z pierwszego piętra, będąca posiadaczką dużego buta, ponieważ jej jedna noga była znacznie krótsza, zdecydowała się wyjść z mieszkania dopiero po dwóch dniach. Takie było moje dzieciństwo. Wobec powyższego nie miałam wyjścia, musiałam uciec do kolorowej krainy wyobraźni. Skończyłam liceum plastyczne, Akademię Sztuk Pięknych, dostałam medal, wyszłam za mąż, urodziłam dzieci i… przestałam tworzyć.

Przemysław Dunaj:

Dość długo prowadziłem szkicownik – kolejne zeszyty zapełniane rysunkami i notatkami. Zacząłem to robić jeszcze na studiach głównie po to, by nie stracić wypracowywanej latami sprawności. Szybko jednak zrozumiałem, że rysunek niesie w sobie coś więcej, że ciągnie za sobą opowieść. Okno to tylko prostokąt mniej lub bardziej komponujący się w fasadzie kamienicy. Futryna, szyba, pelargonia… Ale gdy posadzić w nim dziadka mojego dobrego kolegi Stefana, który co niedziela liczył z tej wysokości ludzi wychodzących z kościoła, a sumę mnożył przez 2 złote, to już powstaje zupełnie inne okno. A gdy dodać do tego kobietę z przeciwka, która z pisklaka, którego znalazła na pustym targowisku, wyhodowała sobie kurę, z którą później spacerowała po parku oraz kilku innych z pozoru zwyczajnych ludzi, powstać by mogło z czasem coś o nas, czyli zwyczajnym, śmieszno-smutnym życiu.

Jakoś tak na początku lat dziewięćdziesiątych wykombinowałem jak rysować za pomocą pomiętych kawałków papieru. Powstał z tego cykl  portretów składających się na historię XX wieku i w konsekwencji – kilka wystaw. Dostałem nawet jakaś nagrodę. Choć, oczywiście nie uważam moich zdolności manualnych za jakiś szczególny dar. Gdyby opatrzność całą tę nadwartość wpakowała mi w nogi, a nie w ręce, to byłbym dziś pewnie emerytowanym piłkarzem. Kto wie, może nawet zamożnym i utytułowanym, a tak… szkoda gadać.

Nie dalej jak wczoraj

Małgorzata Lazarek:

Satyrykon zaistniał w moim życiu przypadkowo. Wysłałam prace, nie wiedząc, o co dokładnie chodzi. Kiedy dostałam telegram, że moja praca otrzymała złoty medal, klasycznie, rozpłakałam się i zadzwoniłam do męża. On, wysłuchawszy mojej relacji, stwierdził, że to najprawdopodobniej jest dowcip któregoś z moich znajomych. Nikomu nieznana, nikogo nieznająca, wystraszona, przyjechałam do Legnicy po odbiór medalu. Jedynym człowiekiem, z którym rozmawiałam, był Przemek Dunaj. Wymieniliśmy się opowieściami o naszych kompleksach, strachach, obawach. Normalnie, jak u ludzi. Mijał czas, wiele się zmieniło. Teraz po dwudziestu latach znów jesteśmy w Legnicy i znów możemy swobodnie porozmawiać o naszych strachach, kompleksach, obawach. Normalnie, jak u ludzi.

Przemysław Dunaj:

Do Legnicy po raz pierwszy przyjechałem w 1997 roku. Dostałem wtedy wyróżnienie, a mój kolega Tomek Broda – Grand Prix. Tuż przed wręczeniem nagród Tomek spytał mnie, czy aby nie sterczą mu włosy. Chodziło o takie charakterystyczne miejsce, gdzie papież nosi piuskę. Włosy sterczały jak cholera, ale żeby nie burzyć mu spokoju w tym wyjątkowym momencie, powiedziałem, że nie. Też bym nie chciał tego wiedzieć. Potem byłem tu jeszcze trzy razy. W 1999 roku miałem nawet indywidualną prezentację prac. Wtedy poznałem Małgosię Lazarek.

Małgorzata Lazarek:

Drugi raz spotkaliśmy się rok później. Przemek dostał wtedy Grand Prix. Nowe tysiąclecie za progiem, a ja nareszcie przełamałam się i zaczęłam rysować i malować. Od tego spotkania Przemek gdzieś wsiąkł. Spotkaliśmy się dopiero w zeszłym roku i wyglądało to tak, jakbyśmy ostatni raz widzieli się nie dalej jak wczoraj. Wtedy też zrodził się pomysł na tę wystawę.

Przemysław Dunaj:

Postanowiliśmy z Małgosią opowiedzieć sobie nawzajem, co przez te dwadzieścia lat porabialiśmy. A w jaki sposób możemy to zrobić najlepiej? Oczywiście, przy pomocy wystawy. A gdzie najlepiej ją urządzić? No, oczywiście w Legnicy, a jakby się jeszcze udało podczas Satyrykonu… Świetna impreza i cieszę się, na to spotkanie po latach.. Nie było mnie tu przecież ładnych kilkanaście lat.

Małgorzata Lazarek:

Czym jest Satyrykon? Czym dla mnie jest Satyrykon?.  Dla jednych to prestiżowy międzynarodowy konkurs rysunku satyrycznego, dla innych to impreza kulturalna o wielorakim znaczeniu. Moje patrzenie na Satyrykon jest bardzo osobiste. Nie będzie przesadą jeżeli powiem, że to dzięki tej imprezie, dzięki ludziom, których tu spotkałam, moje życie się zmieniło. Satyrykon spowodował, że uwierzyłam w swoje możliwości, dostałam skrzydeł i ogromnej mobilizacji do pracy. Poznałam tu wspaniałych artystów, twórców, animatorów z całego niemal świata. Miasto Legnica stało się bliskie mojemu sercu. Szczególne podziękowania należą się Eli Pietraszko, która weszła na stałe w rolę Anioła Stróża Wspomożyciela Wrażliwców, jednocześnie pełniąc role Perfekcyjnej Organizatorki Wszechrzeczy – Satyrykonowych. Mogę tylko pokłonić się nisko i powiedzieć – dziękuję za wszystko.

Co ja właściwie robię?

Przemysław Dunaj:

Jeden mójznajomy powiedział, że Boga lub, jak kto woli, jakąś tam pierwotną siłę sprawczą nie interesuje to, co robimy, a to, kim się przy tej okazji stajemy. No, a poza tym starzeje się człowiek… Jakiś czas temu umówiłem się z kolegą z liceum, plus minus o dziewiętnastej w galerii handlowej. Wychodząc, spotkałem przy furtce ojca. Popatrzył na mnie podejrzliwie i mówi: „A gdzie ty na noc wychodzisz?”. No i faktycznie – pomyślałem sobie – co ja właściwie robię? Ciemno, zimno. Może jakiegoś drinka będę musiał wypić i jutro będzie mnie bolała głowa, a może sytuacja tak się ułoży, że trzeba będzie wypić ze dwa albo trzy, zrobi mi się niedobrze i, nie daj Boże, będę rzygał gdzieś po krzakach… Wróciłem do domu i przedzwoniłem, że niestety nie mogę. Coraz częściej też czuję  jak nieopowiedziane historie, nienarysowane rysunki obsiadają mnie  jak wrony liska chytruska, który udając padlinę, czeka na łatwą zdobycz. No, ale niestety, nie zawsze mam już siły, żeby się znienacka zerwać i złapać za pióra, choćby nawet najbardziej błahej anegdotki.

Małgorzata Lazarek:

Co dalej… Kiedy obchodziłam swoje dwudzieste urodziny, miałam wrażenie, że jestem stara i „nażyłam się”, czyli że to, co piękne mam już za sobą. Jeszcze bardziej to uczucie dominowało, kiedy po raz pierwszy wysłałam prace na Satyrykon, dlatego w ankiecie zamieściłam swoje zdjęcie z czasów studiów, aby nikt nie wiedział, ile naprawdę mam lat. Trzy lata po swoim debiucie na Satyrykonie miałam na swoim koncie już złoty medal, drugą nagrodę, wyróżnienie, kilka nagród na innych konkursach satyrycznych i plastycznych, i wtedy kiedy pokazywałam swoje prace w krakowskiej Piwnicy pod Baranami pomyślałam, że już chyba nic lepszego w życiu mi się nie przytrafi. Bardzo się myliłam. Po dwudziestu latach, które upłynęły od czasu, kiedy przypięto mi skrzydła w Legnicy, mam wrażenie, że wszystko, co piękne jest jeszcze przede mną. Jeszcze się nie „nażyłam”.

 

Aleja Gwiazd Satyrykonu

Aleje sław mają Hollywood i Międzyzdroje. Swoją aleję ma także Legnica i legnicki Satyrykon.

Swój początek ma u stóp Filipa – rzeźby satyrykonowego chłopaczka, którą zaprojektował Zygmunt Januszewski. Z roku na rok powiększa się grono, tych o których warto pamiętać, choć dla większości miłośników i znawców Satyrykonu – ta pamięć nigdy nie zginie.

Inicjatywa upamiętniania zmarłych wybitnych artystów została zapoczątkowana w 2006 roku. Wtedy zostały odsłonięte tablice Eryka Lipńskiego, Andrzeja Waligórskiego oraz jednego z twórców Satyrykonu, czyli Andrzeja Tomiałojcia. Autorem wszystkich tablic był również Zygmunt Januszewski. Niestety – odszedł w 2013 roku. I chyba nie sposób wyrazić towarzyszący tej szczególnej sytuacji natłok uczuć i refleksji, że rok później odsłanialiśmy tablicę poświęconą Jego pamięci…

Obecnie projekty tablic projektuje Tomasz Broda a ich odlewy wykonuje Tomasz Ross.

Do tej pory swoje miejsce przy Filipie znaleźli:

2006 – Eryk Lipiński, Andrzej Waligórski, Andrzej Tomiałojć

2007 – Antoni Chodorowski, Marek Polański

2008 – Andrzej Legus, Sławian Trocki

2009 – Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta

2010 – Wiesław Dymny, Piotr Skrzynecki

2011 – Jeremi Przybora, Jerzy Wasowski

2012 – Jan Kaczmarek, Eugeniusz Get-Stankiewicz

2013 – Stefania Grodzińska, Krzysztof Teodor Toeplitzow

2014 – Zygmunt Januszewski, Tomasz Jura

2015 – Anna Gosławska – Lipińska

2016 – Andrzej Czeczot

2017 – Maciej Zembaty, Sławomir Mrożek

2018 – Wojciech Młynarski

W tym roku do zaszczytnego grona mistrzów satyry dołączą:
MARIA CZUBASZEK – satyryczka, felietonistka, autorka tekstów piosenek. Kilkukrotnie gościła w Legnicy. W 2015 roku otrzymała prestiżowe SZPILE Satyrykonu.

ZDZISŁAW SMEKTAŁA – pojawił się w Legnicy podczas Satyrykonu w 1986 r. i od tamtej pory legnicka impreza zyskała rasowego wodzireja. Aż 16 razy wziął na siebie obowiązek pracy przy obradach jury i stał się pod tym względem prawdziwym rekordzistą.

Projekt Tablic Tomasza Brody

Projekt tablic Tomasza Brody

Odlewy tablic Tomasza Rossa

Odlewy tablic Tomasza Rossa

Maria Czubaszek - karykatura autorstwa Tomasza Brody

Maria Czubaszek – karykatura autorstwa Tomasza Brody

Zdzisław Smektała - karykatura autorstwa Tomasza Brody

Zdzisław Smektała – karykatura autorstwa Tomasza Brody

Smacznie i śmiesznie – po raz trzeci w Legnicy

Funny Food 

LEGNICA 2019 

14- 16 czerwca 

Kuchnia i scena dla dzieci i dorosłych

Funny Food to już trzecia edycja imprezy plenerowej towarzyszącej Międzynarodowej Wystawie SATYRYKON, łączącej doznania smakowe i artystyczne. Występy, koncerty, pokazy kulinarne, spotkania i rozmowy z przymrużeniem oka – to wszystko zadzieje się na funnyfoodowej scenie. Na wydarzenie złożą się także: jarmark z ogromnym wyborem produktów regionalnych, artystycznych i handmade, Staromiejski Beer Rest, podczas którego będzie można zakosztować kilku rodzajów piwa kraftowego warzonego w legnickim browarze, a także jedzenie na kółkach czyli miasteczko foodtrucków oraz strefa rozrywki dla najmłodszych gdzie czekać będą dmuchańce  i interaktywne atrakcje dla małych i dużych.

funnyfood-afisz

Nadchodzi Satyrykon!

Już zaledwie kilka dni dzieli nas od finału 42. edycji Międzynarodowej Wystawy Satyrykon.

Satyrykon to jeden z najważniejszych na świecie konkursów dla rysowników, plakacistów, karykaturzystów itp. – Każdego roku napływają na konkurs tysiące prac z ponad 50 krajów świata. Te rysunki to bardzo aktualne komentarze otaczającej nas rzeczywistości – podkreślał w czasie środowej (5 czerwca) konferencji prasowej Grzegorz Szczepaniak, dyrektor Legnickiego Centrum Kultury.

Satyryczne prace oznaczają bowiem nie tylko śmiech, ale często skłaniają też do refleksji. Rysownicy w wyjątkowo bowiem mądry sposób pokazują problemy współczesnego świata. Na Satyrykon wysyłają prace m.in. twórcy z krajów, które dotknięte są dyktaturą, łamaniem praw człowieka, gdzie tusz i kartka to jedyne dla artystów „narzędzia” do walki z systemem.
Tegoroczny konkurs, na który wpłynęło niemal 2 tys. prac, 539 autorów z 52 krajów świata, obfitował też w rysunki dotyczące m.in. pedofilii w kościele, terroryzmu, wielokulturowości, ekologii i innych, aktualnych dla naszego globu problemów. Międzynarodowe Jury Satyrykonu przyznało nagrody na początku roku, teraz nadszedł czas na finał Satyrykonu w Legnicy, połączony z wieloma atrakcjami dla mieszkańców.

Uroczyste wręczenie nagród laureatom Satyrykonu z całego świata odbędzie się 14 czerwca.

Wręczenie nagród zostanie poprzedzone tradycyjnym odsłonięciem tablic pamięci na ul. Najświętszej Marii Panny. W tym roku odsłonięte zostaną tablice dwóch, nieodżałowanych nie tylko dla Satyrykonu, ale i dla całej polskiej kultury osób: Marii Czubaszek i Zbigniewa Smektały. Po odsłonięciu tablic i uroczystości wręczenia nagród, czeka nas otwarcie głównej Wystawy Pokonkursowej Satyrykonu 2019 w Muzeum Miedzi oraz wernisaż wystawy „Jubileusz na cztery ręce”, autorstwa Małgorzaty Lazarek i Przemysława Dunaja.
- Oboje są laureatami nagród Grand Prix Satyrykonu i podczas wspólnej wystawy pokażą, jak Satyrykon zmienił ich artystyczne życie, jak wręcz wywrócił je do góry nogami – mówiła podczas konferencji prasowej Elżbieta Pietraszko, szefowa Satyrykonu.

Natomiast 15 czerwca będziemy mogli obejrzeć m.in. wernisaż wystawy Bartosza Bieniasa, najlepszego debiutanta Satyrykonu 2019 i laureata przyznawanej przez dziennikarzy nagrody im. Andrzeja Waligórskiego. – Dziennikarze pracujący przy Satyrykonie przyznają swoją nagrodę od 27 lat, a Bartosz Bienias ma 26 lat – zaznaczyła podczas konferencji prasowej Elżbieta Pietraszko. I przytoczyła zabawną anegdotę.
- Zawsze, kiedy informuję artystę, że zdobył nagrodę Satyrykonu i proponuję mu wystawę, spotykam się z wielką euforią! Tymczasem pan Bartosz Bienias, laureat aż dwóch nagród Satyrykonu 2019: na najlepszy debiut i nagrody dziennikarzy, odpowiedział mi, że… nie czuje się jeszcze na taką wystawę gotowy! Coś takiego nie zdarzyło się nigdy w historii Satyrykonu! Na szczęście ten młody twórca, student z Krakowa, dał się jakoś przekonać, że powinien wykorzystać swoje 5 minut. Na wystawie jego prac zobaczymy nie tylko świetne plakaty, ale też fotografie młodego artysty, wykonane w dawno zapomnianej technice GUMA, którą pan Bartosz, bodaj jako jedyny w Polsce, nadal się fascynuje – mówi Elżbieta Pietraszko.

Drugim wydarzeniem 15 czerwca będzie wernisaż wystawy ilustracji Magdaleny Burdzyńskiej „Quarks, Elephants &Pierogi: Poland in 100 words”. Będzie to nie tylko wystawa, ale też prapremiera książki – albumu, którego premiery odbędą się jesienią m.in. w Londynie i Nowym Jorku. Książka – album, wydana w języku angielskim, jest skierowana do zafascynowanych Polską obcokrajowców. Wydana przez Instytut Adama Mickiewicza i portal Culture.pl publikacja, która otrzymała w tym roku tytuł Najpiękniejszej Książki Roku, będzie dostępna do kupienia w Galerii Satyrykonu w Legnicy, a uczestnicy wernisażu otrzymają jej dwujęzyczny, polsko – angielski folder.

Dodatkowymi wystawami Satyrykonu 2019 będą: ekspozycja „Pociągi i koleje” – przedstawiająca wybrane rysunki z festiwalu George Van Raemdonck Kartoenale w Belgii (do obejrzenia w Galerii Piastów) oraz uliczna wystawa w centrum miasta, poświęcona tematyce kulinarnej.

Międzynarodowa wystawa Satyrykon – Legnica 2019
(wystawa pokonkursowa)

Termin: 6 VI – 25 VIII 2019
Wernisaż: 14 VI 2019 r. (piątek), godz. 17.30
Miejsce: Muzeum Miedzi w Legnicy, ul św. Jana 1
Wstęp wolny

Na wystawę wpłynęło 1.933 prace 539 autorów z 52 krajów świata. Jury zakwalifikowało do wystawy pokonkursowej 198 prac 120 autorów. Tematem wiodącym jest „STOP”. Druga kategoria konkursu to ŻART i SATYRA. Otwarta formuła konkursu pozwala wziąć udział w konkursie wszystkim adeptom sztuki, młodym artystom, studentom szkół artystycznych i krewkim emerytom; amatorom z domów kultury i pracującym w zawodzie profesjonalistom. Sednem legnickiego Satyrykonu jest prezentacja
i dokumentacja poszukiwań polskie i obcej satyry w sztukach plastycznych, jak również promocja twórczości najmłodszego pokolenia i ułatwianie startu w dojrzałe życie artystyczne.


„Jubileusz na cztery ręce” – Małgorzata Lazarek & Przemysław Dunaj

Termin: 12 VI – 21 VII 2019 Wernisaż: 14 VI 2019 r. (piątek), godz. godz.19.00
Miejsce: Galeria RING, Rynek 12
Wstęp wolny

Wystawa składa się z dwóch indywidualnych prezentacji Małgorzaty Lazarek i Przemysława Dunaja. Punktem wyjścia proponowanej narracji jest spotkania autorów na Satyrykonie w 1999 roku. Ekspozycja rozchodzi się w dwóch kierunkach i pokazuje prace, które powstały od tamtego czasu. Upływające lata zaznaczono graficznym znakiem – przerywaną linią z wektorami. To pewnego rodzaju kalendarium obejmuje dwie dekady z życia autorów. Całość pokazu budują rysunki satyryczne
i prasowe, ilustracje, ale też inne formy twórczej aktywności Lazarek i Dunaja
Autorzy pragnęliby, aby widzowie oprócz kontaktu z ich twórczością zastanowili się nad kilkoma prawdami natury ogólnej: nieuchronnością upływającego czasu, słusznością podejmowanych wyborów, wzlotom i upadkom oraz nad siłą przyjaźni, której należy szukać również w pomyśle na tę wystawę.


Bartosz Bienias – najlepszy debiut Satyrykonu 2019

Termin: 11 VI – 27 VII 2019
Wernisaż: 15 VI 2019 r. (sobota), godz. godz.17.00
Miejsce: Satyrykon, Rynek 36
Wstęp wolny

Bartosz Bieniasz studiuje na Uniwersytecie Pedagogicznym na Wydziale Grafiki. Pasjonat fotografii. Jest laureatem nagrody legnickich dziennikarzy im. Andrzeja Waligórskiego. Nagrodę otrzymuje autor polski za rysunek odpowiadający dewizie Patrona nagrody: „..nie kopać leżącego, nie huśtać się na wiszącym, ale tępić głupotę we wszystkich przejawach”.


„Quarks, Elephants & Pierogi: Poland in 100 words” – ilustracje MAGDALENA BURDZYŃSKA

Termin: 6 VI – 31 VII 2019
Wernisaż: 15 VI 2019 r. (sobota), godz.: godz.18.00
Miejsce: Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Legnicy, Rynek 39
Wstęp wolny

Wystawa nawiązuje do książki wydanej przez Instytut Adama Mickiewicza, składa się z serii stu ilustracji i artykułów pisanych w języku angielskim, odwołujących się do jednego polskiego słowa.
Książka wydana w formie tzw. „elementarza” jest też mini słownikiem zachęcającym i motywującym zagranicznego odbiorcę do nauki języka oraz poznania jego struktury i charakteru. Dzięki tekstom tworzonym przez redaktorów współpracujących z portalem Culture.pl ma stać się wizytówką jakości oraz promować język polski na całym świecie.
Najbardziej niezwykłe historie związane z pochodzeniem 100 polskich słów, ilustrowane przez Magdę Burdzyńską, jedną z czołowych polskich projektantek graficznych, która cieszy się uznaniem w świecie designersko-projektowym, czego dowodem są liczne nagrody i wyróżnienia oraz ważna nagroda w konkursie PTWK Najpiękniejsze Książki Roku 2018.

Bez tytułu

Ryszard Kaja (1962 – 2019)

Dzisiaj rano otrzymaliśmy bardzo smutną informację…. odszedł Ryszard Kaja – autor niesamowitych plakatów, człowiek o ogromnym poczuciu humoru, nasz Przyjaciel.

Urodzony w 1962 r. w Poznaniu, malarz, grafik, scenograf, dekorator wnętrz. Kontynuator rodzinnych tradycji artystycznych. Ojciec, Zbigniew Kaja był znanym grafikiem, scenografem i twórcą ponad 300 plakatów. Matka Stefania była ceramiczką i malarką. Studiował w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu (dzisiejsza ASP), dyplom z malarstwa otrzymał w pracowni malarstwa profesora Norberta Skupniewicza. Dla czołowych scen polskich projektował scenografie oraz kostiumy. Stworzył wizje plastyczne dla spektakli baletowych. Ostatnie lata jego twórczości zdominowało projektowanie plakatów. W swojej twórczości nawiązywał do plakatu wywodzącego się z najlepszych lat szkoły polskiej, bawił się konwencjami, nasycał swoje projekty emocjami i  fascynacjami podróżniczymi.

Ryszard Kaja to kolejny po Januszu Kapuście twórca, który zaprojektował plakaty do dwóch edycji Satyrykonu  w 2007 i 2015 roku. Stworzył także plakat na Legnica Cantat 46. Od dwóch lat mieszkał w Legnicy, miał tu wystawy indywidualne. W  Satyrykonie brał udział od 2013 roku, ale pierwszy raz laureatem został w 2017 roku(srebrny medal w dziale Tolerancja). Rok temu zdobył I nagrodę i złoty medal w dziale Empatia.

Jeszcze w tym roku miał zasiąść w satyrykonowym jury, jednak choroba pokrzyżowała te plany. Podczas obrad dzwonił, dopytywał jak przebiegają prace, obiecywał że spotkamy się w czerwcu. Nie zdążył…

Ryszard Kaja zmarł nad ranem 17 kwietnia w szpitalu w Legnicy. Miał 57 lat.

Tak trudno uwierzyć, że już go z nami nie ma…

Łączymy się w bólu z rodziną, najbliższymi i przyjaciółmi wielkiego artysty.

SATYRYKON LEGNICA 2015_malutki sat_2007 Cantat Kaja Plakat

Przypominamy wywiad, którego udzielił dla nas Ryszard Kaja w 2015 roku.

wywiad skan 1 a 1