Sabina Sokół „W tę czy we w tę”

Kiedy Sabina Sokół przyszła zapisać się do prowadzonej przeze mnie pracowni we wrocławskiej ASP, mój wykrywacz talentów zawył jak syrena, jeszcze zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć. Dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu Gertrudy Stein z portretu Picassa przyniosła w teczce próbkę swoich możliwości. Poczułem ukłucie zazdrości na widok jej rysunków, kreślonych szybko i trafnie, z celnością snajpera.

W tę czy we w tę – folder wystawy

Już pierwsze studenckie zadanie: ilustracje do „ZOO” Brzechwy, pokazały, że mój wykrywacz się nie mylił. Za kratkami, zamiast misia, zebry, lwa czy tygrysa, zobaczyłem odsiadujących wyroki kryminalistów, zakapiorów z gębami troglodytów, którzy w więziennych celach czują się jak w domu. Dzięki pomysłowi Sabiny wiersze Brzechwy, które słyszeliśmy setki razy, zabrzmiały zaskakująco świeżo i znów stały się zabawne. Zapisane na  ścia­nach więziennych cel strofy wyglądają, jakby mieszkańcy tych klatek wydrapywali je przez lata, dla zabicia czasu. Miłośnicy czarnego humoru z pewnością polubiliby Żyrafę, który właśnie się powiesił i „tym głównie żyje, że w górę wyciąga szyję”. Albo Dzika, korpulentnego, zakrwawionego osobnika w tatuażach i z rewolwerem. Doprawdy, trudno byłoby się dziwić, że „kto spotyka w lesie Dzika, ten na drzewo zaraz zmyka”.

Całe to „ZOO” Sabiny to nie tylko znakomity pomysł interpretacyjny – to także forma – kreska, która błyskawicznie łapie modela za twarz i za sprawą kilku szybkich pociągnięć oddaje jego charakter. Kiedy oglądałem te prace, towarzyszyło mi rosnące przekonanie, że spoglądam na dawnych znajomych. Wkrótce okazało się, że intuicja mnie nie myliła. Dowiódł tego kolejny cykl Sabiny – „Śródmieście. The miting plejs”, będący owocem obserwacji jej własnej dzielnicy, w której i ja sam mieszkałem przez wiele lat.

Pensjonariusze zakładu im. Jana Brzechwy mają bowiem twarze bywalców baru „Po schodkach” oraz bram i podwórek przy ulicy Żeromskiego, gdzie straszy coraz bardziej smętny upiór dawnego kina Polonia. Kiedyś to właśnie o tej dzielnicy śpiewał Lech Janerka, że „tu nie wolno głośno śmiać się i za dobre mieć ubranie”. Sabina wbrew tym słowom głośno się śmieje, a lokalne klimaty wykorzystuje w swoich rysunkach.

Turystom, którym znudziły się już pocztówkowe widoczki wrocławskiego Rynku i Ostrowa Tumskiego z drogimi restauracjami dla niemieckich turystów, Sabina Sokół poleca survivalową wyprawę na nieodległe, a egzotyczne Śródmieście, z autorskimi wskazówkami miejscowych przewodników po tym rewirze: „gdzie się nażreć, gdzie najebać, a gdzie dostać w ryj”. Razem z nią wędrujemy, podsłuchując rozmowy w lokalnej gwarze, podglądając charakterystyczne stroje i barwy na twarzach tubylców, wciągając w nozdrza wydobywające się przez uchylone lufciki zapachy regionalnej kuchni.

Podobny sposób opowiadania widać też w jej berlińskich rysunkach. Zwykły, szary zeszyt w kratkę, który przywiozła z kilkudniowego pobytu w Berlinie, jest właściwie gotowym materiałem na subiektywny przewodnik po tym mieście. Podobnie jak w rysunkach ze Śródmieścia, nie znajdziemy tu typowych turystycznych atrakcji. Bardziej od nich Sokół interesuje eksploracja bocznych uliczek, bram i podwórek, tego rewersu stołecznego blichtru. Przyciąga ją wszystko to, od czego turystyczny przewodnik skutecznie odwraca wzrok uczestników wycieczki – wiszące nad ulicami billboardy, graffiti na murach, twarze przechodniów, bywalców modnych klubów i przedstawicieli subkultur. Z nakładających się na siebie obrazów tworzy wybuchową mieszankę, dającą obraz dynamicznego, tętniącego życiem klimatu miasta.

Gdybym mógł, zafundowałbym Sabinie rodzaj podróżniczego stypendium – kilkadziesiąt wypraw w różne miejsca na świecie. Bo wierzę, że przywiozłaby z nich zapis wrażeń, umykających nawet najwytrawniejszym podróżnikom-erudytom. Ta zdolna rysowniczka ma dar chwytania tego, co kryje się pod powierzchnią wszystkiego, co – wydawało by się – jest już tak znane i oswojone, że zamienia się w banał, którego tajemnice zostały już dawno odkryte. Wierzę, że nawet w Paryżu pod wieżą Eiffla znalazłaby coś świeżego, co byłoby w stanie przyćmić ten oklepany landszaft.

Tomasz Broda

Legnickie Centrum Kultury, Galeria Satyrykon,
Legnica, Rynek 36

25.02.- 4.04.2014, godz.11.00 – 18.00
Wernisaż wystawy 28.02.2014, godz.18.00

zdjęcia z wernisażu tu!
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=635716183144285&set=pcb.635716553144248&type=1&theater
http://www.lck.art.pl/index.php?glowna=foto_galerie_jedna&nr_imprezy_fotogalerii=713