Leonid Melnik (1954-2012)

(wspomnienie w rocznicę śmierci)

Od końca lat osiemdziesiątych mogliśmy obserwować, jak różne jego twórczość przybierała formy. Co najbardziej zapadło w pamięć? Świetne karykatury? Np. ta Jelcyna. To, że gdy było to potrzebne do rysunku, bezbłędnie potrafił posłużyć się polskim? Że nawet mówiąc o rzeczach strasznych potrafił do rozpuku rozśmieszyć? Choć niektóre rysunki powstały wiele lat temu, dziś jeszcze bardziej uderza ich aktualność. Chętnie „brał na warsztat” klasyczne humorystyczne motywy. Czyżby bardziej niż zasadnicze różnice interesowały go niuanse… Mniej na Satyrykonie mieliśmy do czynienia z jego „malarską odsłoną”, w której, jak pisał analizując twórczość artystów należących do petersburskiej grupy Niuans Andriej Chłobystin, „groteska nabiera cech nieomalże mistycznych”. Jakże ciekawie było to jednak obserwować w albumie wydanym w Galerii Mistrzów Karykatury czy na stronach CartoonBanku. Jak ciekawie było porównywać zmieniające się szczegóły rysunków aż pomysły przybrały najlepszą formę. W wydanym przez Wiktora Bogorada i Siergieja Samonienkę albumie zwraca uwagę kilka słów Artysty: „Człowiek rysuje swoich bohaterów i niepostrzeżenie przenosi się w ten świat, gdzie jego bohaterowie rozumieją go i przyjmują jako swojego, witają się z nim i klepią po plecach, piją z nim wino, kochają kobiety i uważają, że to oni zrobili z niego Człowieka”. Chciałoby się, aby tam właśnie trafił i żeby oglądając te rysunki można Go było odwiedzać.