Animacje filmowe Wiesława Zięby w Galerii Satyrykon

Wiesław Zięba
Grafik, satyryk, rysownik, reżyser filmów animowanych. Debiutował w 1972 w tygodniku „Szpilki”. W tym samym roku rozpoczął pracę w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, a od roku 1983 w Studiu Miniatur Filmowych w Warszawie. Od 1980 roku reżyseruje filmy w oparciu o własne scenariusze, plastykę i animację. Jest również autorem filmów reklamowych. Stale współpracuje
jako ilustrator podręczników szkolnych z Wydawnictwem Szkolnym i Pedagogicznym. Od 2015 jest ekspertem Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Został nagrodzony, m.in.: nagrodą tygodnika „Film” za najlepszy debiut reżyserski roku 1980, w filmie krótkometrażowym, nagrodą Jury Dziecięcego za film „David i Sandy” na 10. Ogólnopolskim Festiwalu Filmów i Widowisk Telewizyjnych Poznań
(1988). Za film „Magiczna Gwiazda” (2004) otrzymał nagrody w Kairze (Egipt), Niszu (Serbia) i Gdyni. W 2008 roku otrzymał nagrodę Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Srebrny
Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”.

zięba

Wiesław Zięba „Tajemnice wiklinowej zatoki” i „David & Sandy”

Metaliczne łzy nad zachodem słońca

Pełnometrażowe kino dla dzieci z połowy lat 80 cechowała mroczna wyobraźnia, wiodąca młodego widza w rejony psychodelii. To były bajki, na których ze strachu wchodziło się pod fotel kinowy i mówiąc na marginesie, tak właśnie spędziłam swój pierwszy seans. Zupełnie inaczej było z filmami Wiesława Zięby: jasnymi, pełnymi przygód, lecz sławiącymi takie wartości, jak przyjaźń, pomoc i solidarność. Nie chodziło tu tylko o wzmacnianie ich pomiędzy dziećmi, lecz także budowanie sympatii międzygatunkowej, jak w przypadku szczura i piżmaka z „Tajemnic wiklinowej zatoki”, a nawet międzyplanetarnej, jak w przypadku Ziemian (chłopca, psa i orła) oraz ufoludka zmuszonego ukryć drogocenną perłę. Naczelna zasada zaangażowania, współpracy i wzajemnego wsparcia pomagała bohaterom przebrnąć przez wszelkie stające na drodze przeszkody. A nas przekonywała, że pokonanie ich jest możliwe, choćby to były: powodzie, nadchodząca zima, myśliwi na safari albo żądny złota zły kapitalista.

Dlatego te filmy nazywa się polską wersją Kina Nowej Przygody. Jak pisał Michał Oleszczyk: „To była ta sama Nowa Przygoda, którą rozkręcili Spielberg, Indiana Jones, „Piramida strachu” i tuziny innych miłości, szmaragdów i krokodyli – eskapizm opływającej w dostatki Ameryki, chłeptany przez wychudzone demoludy jak najsłodsza ambrozja. Nieprzypadkowo więc jedną z figurek, jaką Dawid odnajdywał w tajemniczej świątyni, był sam, błyskawicznie rozpoznawalny, E.T.” Oczywiście Nowa Przygoda w polskiej, wówczas wyposzczonej wersji.

Najpierw jednak Wiesław Zięba pracował w Studiu Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, gdzie wprawiał się w animacji, pracując przy najbardziej kultowych polskich dobranockach, takich jak „Reksio”, „Bolek i Lolek” czy „Wyprawa profesora Gąbki” oraz tych mniej znanych, lecz niezwykle wyrazistych jak „Wariacje Trąbla” czy „Pampalini. Łowca zwierząt”. Równolegle realizował autorskie animacje krótkometrażowe, najczęściej o charakterze groteski czy filmowego żartu, gdyż komizm zawsze był jego domeną. Wszak debiutował, jak zresztą wielu wybitnych twórców animacji – że wspomnę tylko Maxa Fleischera, Emila Cohla i Zenona Wasilewskiego – jako karykaturzysta. Jego pierwsze rysunki satyryczne pojawiły się w „Szpilkach” w tym samym 1972 roku, gdy rozpoczął pracę jako animator. Ślady tego rodzaju myślenia są widoczne w wielu projektach postaci jego autorstwa, lecz widać też ich wpływ na rysunki Edwarda Lutczyna, z którym współpracował przy „Davidzie & Sandy”. Komiksowa poetyka przerysowania sylwetki i gestu, kadrowanie „okienkami”, które rozszerzają się lub zwężają na ekranie, a przede wszystkim moc szczegółów widocznych na drugim i trzecim planie – to cechy, jakich wtedy próżno by szukać w filmie animowanym. Postaci unoszą się zamknięte w bańkach mydlanych jakby wyjęte żywcem z disney’owskiej animacji. Pamiętam, że jako dziecko najbardziej zachwycałam się postaciami z kosmosu – wirujące zielonkawe obwarzanki złożone z pierścieni przypominały mi kostiumy Pi i Sigmy, „Przybyszy z Matplanety”, tyle że tu świeciły czerwonymi ślepiami, emitując fale, które zaburzały ludzkie postrzeganie, a w maszyny wpuszczały wirusy. Jak śpiewa w tym filmie Seweryn Krajewski: „każde ufo jest krasnalem z dawnych lat”, ale najmłodsi nie dają się zwieść tym słowom, wiedząc, że kosmici płacząc metalicznymi łzami, zwiastują świat, jaki dopiero ma nadejść. Wówczas wydawało się, że będzie nim po prostu kapitalizm, naśladowanie amerykańskich wzorców, ale miało się okazać inaczej.

Z dzisiejszej perspektywy to świat „Wiklinowej Zatoki”, choć zupełnie inaczej zbudowany, wydaje się przyszłościowy. Skupiony na życiu zwierząt, ściśle zależnym od warunków naturalnych, pogody i wynikającym ze zmian pór roku, nazwalibyśmy dziś filmem ekologicznym. Wczucie się w potrzeby i problemy zwierząt, tłumaczenie, czym różni się piżmak od nutrii i bobra to początki współczesnej antropozoologii. Wrażliwość, jaką rozbudza portretując zwyczajne zjawiska niczym niezwykłe fenomeny przyrody, przypomina świeże spojrzenia dziecka, które pierwszy raz widzi mgłę, ulewę czy księżyc w pełni. Jednocześnie reżyser nigdy nie pozwala nam zapomnieć, że to, co oglądamy, zostało narysowane lub namalowane na papierze. Dlatego różnicuje techniki, łącząc kreskówkowe postaci: klasycznego, żartobliwego szczura czy obwiedzionego białą konturówką kreta z bardziej realistycznym piżmakiem, a wszystko to na malarskim tle sitowia czy podziemnych nor zwierząt. Oglądając „Tajemnicę…” błądzę wzrokiem po całym kadrze, bo niemal w każdym ujęciu jest na to czas, a Zięba nie pozwala widzowi doszczętnie zatopić się w historii. Zostawia dystans między spojrzeniem a jego celem, mnożąc faktury, wzory i rodzaje rysunku w pojedynczej scenie. Rysuje słoje na drewnie i stawia na środku surrealistyczny dzban. Oddaje mokry piasek na brzegu, jednocześnie zupełnie odrealniając jednolitą, płaską powierzchnię rzeki, rozdzielającej bohaterów i wprowadzającej stałe napięcie samym faktem, że wciąż płynie. Dzięki temu, obraz w „Tajemnicy Wiklinowej Zatoki” wciąż jest pełen kontrastów, których granicą z jednej strony jest abstrakcja: np. w scenach, gdy komiksowe oczy bohaterów wypełniają cały kadr. Z drugiej zaś buduje nastrojowy realizm choćby w akwarelowej scenie wschodu słońca, gdy nad zatoką szybują sznury gęgających ptaków. Jednocześnie jest tu miejsce na absurdalny żabi chór, parafrazujący operowe arie. A także na popartowy, bluesowy wideoklip, w którym faluje mur z kolorowych cegieł a solarny okrąg przypomina hipisowski ornament.

I to właśnie słońce pojawia się w obu filmach jako dwa różne byty: w „Tajemnicy Wiklinowej Zatoki” gaśnie jak żar niedopałka w zielonkawym horyzoncie wody, w „Davidzie & Sandy” obiecuje ten wymarzony, oranżowo-złoty zachód z pocztówek, kojarzący się wtedy z Zachodem.

Amerykański sen polskiej animacji ogląda się dziś już z uśmiechem. Dużo bliżej mieszkają wciąż szczerbate gryzonie: Archibald, Serafin i Szafir. Teraz razem z nimi oglądamy nasz zachód.

Adriana Prodeus