W trudnych czasach satyrycy mają ręce pełne roboty

Znany plastyk, ilustrator i wykładowca ASP we Wrocławiu Tomasz Broda swoją przyjaźń z Satyrykonem rozpoczął jeszcze jako student. Obecnie jest członkiem Rady Artystycznej festiwalu oraz pomysłodawcą zyskującego coraz większą popularność konkursu „Szkic ma moc” odbywającego się w ramach legnickiej imprezy. Z okazji nadchodzącej 45. edycji Satyrykonu Tomasz Broda odpowiedział nam na kilka pytań…

Tomasz Broda fot.P. Krzyżanowski

Tomasz Broda fot.P. Krzyżanowski

Kiedy pierwszy raz usłyszał pan o Satyrykonie?

Na początku lat 90. studiowałem grafikę we Wrocławiu. Eugeniusz Get-Stankiewicz wręczył mi regulamin Satyrykonu i powiedział: „weź udział”. Get był moim guru, więc zrobiłem, jak kazał. Wiedziałem, że nagrodą w konkursie był jego miedzioryt. Moim marzeniem było mieć coś takiego!

A jak wyglądała pana pierwsza wizyta w Legnicy?

Kilka tygodni po tym, jak Get namówił mnie na udział w Satyrykonie, siedziałem w pociągu do Legnicy z moją konkursową pracą. Nieznane mi wtedy miasto – pochodzę z Kalisza, do Wrocławia przyjechałem na studia – kojarzyłem tylko ze średniowieczną bitwą z Mongołami i zatkniętą na włóczni głową Henryka Pobożnego ze znanej ilustracji w podręczniku historii. Kiedy szedłem legnickim deptakiem w stronę biura Satyrykonu mijałem radzieckich oficerów w czapkach z ogromnym rondem, szerokim jak opakowanie na analogowe płyty. Niektórzy byli skośnoocy, jakby mongolscy.

Którzy z artystów spotkanych na Satyrykonie zrobili na panu największe wrażenie?

Do Legnicy przyjeżdżam od 30 lat i spotykałem tu twórców, którzy Satyrykon tworzyli – jak choćby zmarłego niedawno Roberta Szecówkę. Dobrze wspominam Zygmunta Januszewskiego, Janusza Kapustę, Henryka Sawkę, Tomasza Jurę, Grzegorza Szumowskiego, Antoniego Chodorowskiego, Juliana Bohdanowicza i wielu innych – wszystkich nie sposób tu wymienić. Ale Satyrykon to konkurs międzynarodowy. Przyjeżdżają tu także twórcy rangi światowej, jak Henning Wagenbreth, który wraz z grupą zaprzyjaźnionych ilustratorów zagrał przezabawny koncert w Akademii Rycerskiej na tle scenografii z własnych, powiększonych do ogromnych rozmiarów, prac. To było w 2019 roku i chyba zrobiło na mnie największe wrażenie w ciągu tych trzech dekad.

A – patrząc nieco bardziej holistycznie – kto najbardziej wpłynął na ukształtowanie pana poczucia humoru?

Wychowałem się w latach 70., w czasach świetności polskiej szkoły ilustracji i plakatu. Satyra prasowa tego okresu fascynowała mnie, chłonąłem wszystko, co zrobił mój idol Andrzej Czeczot. Ale chyba najbardziej na mnie wpłynął wspomniany wcześniej Get-Stankiewicz, autor satyrykonowych dyplomów, mistrz wszelakich sztuk, nie tylko graficznych, znakomity plakacista o wyrafinowanym poczuciu humoru. Bardzo dziś Geta brakuje.

A co powie pan o zmianach samej Legnicy?

Legnica w ciągu 30 lat zmieniła się tak, jak i cała Polska. Dla tych, którzy jeszcze pamiętają radzieckich żołnierzy, zmiana jest ogromna. Mnie bardzo żal restauracji Tivoli prowadzonej przez pana Jerzego Szubę. Miała swój niepowtarzalny klimat i to tam odbywały się wszystkie satyrykonowe spotkania. No i kuchnia tam była wspaniała, festiwal pierogów!

W kuluarach wiele mówi się o satyrykonowych imprezach… Szczególnie zapamiętał pan konkretne anegdoty z festiwalowego biesiadowania?

Zygmunt Januszewski szalał zawsze do rana na parkiecie z Elą Pietraszko w zamku Grodziec, Antoni Chodorowski wszystkich kładł na rękę, a Rastko Cirić z Serbii rysował całe towarzystwo z szybkością aparatu fotograficznego. Pamiętam kto rozdarł spodnie, kto wyskoczył przez okno, kto rozbił nos, a kto stracił ząb. Andrzej Legus wdrapał się na zamkową wieżę na Grodźcu i stał rozkołysany z rozłożonymi rękami na samym brzegu muru. Do dziś kręci mi się w głowie na samo wspomnienie tego występu.

Zauważył pan ewolucję tematyczną satyrykonowych prac na przestrzeni lat?

Po rozpolitykowanych latach 80. i 90. przyszła fala rysunków na tematy bardziej uniwersalne. Od kilku lat polityka znów dominuje i chyba nieprędko to się zmieni. W trudnych czasach satyrycy mają ręce pełne roboty.

To już druga edycja konkursu „Szkic ma moc” – chyba już może pan podzielić się swoimi konkursowymi wrażeniami?

Dzięki szkicownikom możemy w Legnicy oglądać twórców, którzy w dotychczasowej formule się nie mieścili, bo operują inną poetyką niż ta, do której przez lata przyzwyczaił nas Satyrykon. Już teraz widać, że pomysł na ten konkurs był strzałem w dziesiątkę i mam nadzieję, że tegoroczna wystawa szkicowników w Galerii Ring będzie powiewem świeżej energii. Wielu autorów to ludzie młodzi, dwudziesto i trzydziestolatkowie.

Co takiego ma w sobie szkic, żeby poświęcić mu dodatkowe zmagania?

Na tle wymuskanych, konkursowych prac szkice wyróżniają się energią, szczerością i pokazują artystów bez retuszu – takich, jakimi są naprawdę. Oglądamy wiele szkicowników, które wcale nie powstają z myślą o konkursie, a są prywatnymi zapiskami różnych stanów emocjonalnych. Ale zdarzają się niemal gotowe autorskie obrazkowe książki. Otwarta formuła konkursu sprawia, że mamy do czynienia z wielością postaw, stylów oraz zaskakujących pomysłów.

2 lata temu wydał pan książkę  „Bookface. Księga twarzy pisarzy”. Po jaką literaturę sięga pan najczęściej?

Przy moim łóżku piętrzy się stos książek, który najlepiej oddaje moje bałaganiarskie czytelnicze upodobania. Leżą tam obok siebie Rabelais i Masłowska, Kornel Filipowicz, David Szaley i wielu innych. Często wracam do „Obrazów Włoch” Pawła Muratowa, którego czytuję na wyrywki – dziś jestem w Neapolu, a jutro skoczę sobie na przykład do jakiejś dziury w Apulii. O mojej kolekcji ilustrowanych książek dla dzieci nie będę nawet wspominał, bo to temat na inną rozmowę.

Tomasz Broda na wystawie Bookface_fot.P.Krzyżanowski

Tomasz Broda na wystawie Bookface fot.P.Krzyżanowski

Wykonał pan mnóstwo podobizn znanych ludzi… jaka karykatura była dla pana najtrudniejsza, a która sprawiła panu najwięcej radości?

Największą męczarnią, ale i zarazem największą radością, było dla mnie tworzenie portretów na swojej twarzy. To były całe dnie stania przed lustrem i trenowania różnych min i grymasów oraz szukanie przedmiotów, z których mogłem zrobić nos czy włosy, po to, żeby potem w kilka sekund na oczach widzów przeistoczyć się w zupełnie inną postać. Było w tym coś, co dotykało potrzeby bycia kimś innym i wyjścia poza ograniczenia własnej cielesności.

Przytoczy pan swój ulubiony dowcip z brodą?

Wszystkie moje ulubione żarty nie nadają się do druku. (śmiech)

Rozmawiał: Michał Przechera (LCK)