Skłonności do przyjemności…

czyli „Skłonności do ostrości” Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu

sklonnosci_X5a

Pracownia Plakatu II prof. Eugeniusza Skorwidera, temat – Satyrykon, autorzy: Patryk Biryłło, Jakub Pechta, Kinga Trafas, Joanna Wilczyńska, projekt plakatu, okładki katalogu i  banera „Skłonności do ostrości” Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu – Szymon Szymankiewicz

Satyrykon: Tegorocznym „Skłonnościom do ostrości” patronują nazwiska trzech wspaniałych profesorów (Eugeniusz Skorwider, Mirosław Adamczyk, Grzegorz Marszałek), znanych twórców plakatów, czy to znaczy, że właśnie przede wszystkim plakatu możemy się spodziewać na wystawie?

Szymon Szymankiewicz, pracownia plakatu prof. Eugeniusza Skorwidera, Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu: Można się spodziewać dużej różnorodności jeżeli chodzi o tematykę i formę. Prace prezentowane na wystawie pochodzą z dwóch pracowni plakatu – prof. Eugeniusza Skorwidera, prof. Grzegorza Marszałka oraz z pracowni ilustracji prof. Mirosława Adamczyka. Są więc plakaty i ilustracje odnoszące się do wydarzeń kulturalnych, społecznych, politycznych oraz komentujące w nietuzinkowy sposób kondycję człowieka w dzisiejszym świecie. Wspólną cechą wszystkich tych prac jest specyficzny sposób myślenia polegający na pewnym skrócie myślowym i znaczeniowym zamkniętym w graficznej formie.

Pięć lat istnienia tego cyklu to szmat czasu i mam też wrażenie, że można dostrzec pewną zmianę. We wstępie do Państwa wystawy już nie kładzie się nacisku na tytułową ostrość i jej nieskrępowaną ekspresję, prowokacyjnie natomiast pojawiają się takie klasyczne kategorie jak przyjemność, uczenie, społeczna funkcja sztuki. „Te prace mają odwagę sprawiać przyjemność i uczyć” pisze filozof, profesor Roman Kubicki. Niektórzy widzowie może się ucieszą, a niektórzy przestraszą… Czyżby w Państwa wydaniu „Skłonności” traciły pazur i zaczynały, nie daj Bóg, dojrzewać?

Duża część prac zawiera złożone, niekiedy trudne i poważne treści, które jednak podane są w żartobliwej, przekornej i intrygującej formie. Po to, aby w łatwiejszy sposób docierały do odbiorcy, wywołując w nim refleksje. Spotkamy się ze swobodą myślenia i interpretacji młodych artystów, pokazujących różne punkty widzenia i sposoby traktowania poszczególnych tematów.

Towarzyszące wystawom mocno odbiegające od tradycyjnych katalogi to już tradycja. Na nieskrępowaną wydawniczymi przyzwyczajeniami czy „prawami rynku” swobodę „postawiła” rozpoczynająca cały projekt warszawska ASP, Wrocław, a ostatnio Katowice. Ta ostania książka była wręcz manifestem self-publishing (językiem artystycznego manifestu przemawiał też wstęp do niej). A jak będzie tym razem? Tytułowe „Skłonności do ostrości” będą się przejawiać wyłącznie indywidualnie, w poszczególnych pracach czy również w edycyjnej warstwie?

Dla tegorocznej edycji zaprojektowany został motyw graficzny, który pojawi się m.in. na okładce katalogu. Przedstawia on hybrydę ołówka i skalpela, wycinającą formę łuku przypominającą uśmiech. Motyw ten jest naszą interpretacją tytułu wystawy. A jednocześnie metaforą tego, czym może być tworzenie „ostrych” i „ciętych” komentarzy graficznych.

Od trzech lat zadaję to pytanie i chyba nikt nie przepada za odpowiadaniem na nie. Niemniej jednak wydaje się, że za każdym razem poprzednicy wyżej zawieszają poprzeczkę. A zatem czy to, co już w „Skłonnościach do ostrości” zrobiono, miało dla Państwa jakieś znaczenie, czy po prostu nie oglądając się na to, robili Państwo swoje?

Znamy i bardzo cenimy wszystkie działania związane z poprzednimi edycjami „Skłonności”,  ale na wystawie pokażemy po prostu swój sposób myślenia. Mamy nadzieję przyczynić się do zróżnicowania i urozmaicenia całego cyklu „Skłonności do ostrości”.

ASP w Warszawie – 2011, ASP w Gdańsku – 2012, ASP we Wrocławiu – 2013, ASP w Katowicach – 2014, UA w Poznaniu – 2015

Wystawę już można oglądać w Teatrze Modrzejewskiej w Legnicy
wernisaż: 20 czerwca 2015 o godz.18.00

wstęp do katalogu

Roman Kubicki
Przyjemne lekcje demokracji

Nie czas tu i miejsce, by snuć metafizyczną refleksję na temat sztuki, docierać do kulturowych trzewi jej powołania i warunków bytowania. Sztuka ma odwagę być zawsze trudna, co nie znaczy, że zakłada ona zawsze logikę wyrzeczenia i rezygnacji. Sztuka umie bowiem być trudna zarówno wtedy, gdy dystansuje nas od życia, jak i wówczas, kiedy stara się nas naszym własnym życiem uwieść. Bez tego trudu kultura jałowieje; w takiej jałowiejącej kulturze życie potrafi jedynie dryfować. Estetyk angielski Joseph Addison (1672-1719) pisał: Człowiek o ukształconej wyobraźni dopuszczony bywa do wielu przyjemności, których nie są zdolni odczuwać ludzie nieogładzeni. Może on wieść rozmowę z obrazem i znaleźć w posągu miłego kompana. Nie dość, że sztuka jest źródłem przyjemności, to nadto są to przyjemności, których zdolność doznawania pozwala odróżnić ludzi kulturalnych od pospolitych chamów. Również Johann Joachim Winckelmann (1749 – 1832) był przekonany, że wszystkie sztuki mają cel podwójny: sprawiać przyjemność a zarazem pouczać.

Przytaczam te dwie, sformułowane dość dawno temu, wypowiedzi, bo dobrze patronują one pracom prezentowanym w tym katalogu. Uczucie przyjemności oraz przeświadczenie, że znowu udało się coś zobaczyć inaczej współtworzą bowiem wywoływane przez nie doświadczenie. Te prace, których wspólną cechą wydaje się wszelkie możliwe zaufanie do poczucia humoru, ironii i zarazem trudnej wiary w człowieka, mają odwagę sprawiać przyjemność i — ponieważ jest to przyjemność, którą czerpiemy nie tylko z patrzenia, lecz także z myślenia — zarazem uczyć. Uczyć, a nie pouczać, jak chciał Winckelmann.

Powiązanie sztuki ze sferą doznań przyjemnych zasługuje na uwagę. Dzięki estetyce hedonistycznej przyjemność przestała być bowiem gorszą siostrą tzw. głównych wartości, na których wspierała się dotąd każda koncepcja porządnego życia. Jakoś trzeba było przecież estetyczną — a zatem zmysłową — przyjemność przemycić na etycznie legalne salony społecznie jawnego życia. Świat, który kiedyś zaludniony był wyłącznie przez grzeszników, dziś zamieszkują najczęściej ludzie wspaniali. Grzech przestaje być główną figurą ludzkiego losu. W szczególności obrazy ciała okazują się drogowskazami, które co raz częściej wskazują drogę do samego ciała. Ideologia ascezy nie pasuje bowiem ani do społeczeństwa demokratycznego, ani do — konsumpcyjnego.

Sztandarami wspólnoty konsumpcyjnej są reklamy, które próbując zaostrzyć w nas apetyt na życie, nie mówią nam nic o naszej marności, lecz konsekwentnie przypominają nam, że czegoś jesteśmy warci, na coś zasługujemy, coś nam się należy. We wspólnocie konsumpcyjnej istnieć ma prawo tylko to, co za chwilę istnieć przestanie: o to chodzi, by po to tylko czegoś nie mieć, aby znów móc coś chcieć mieć. Kto chce się otwierać na kolejne coś, musi mieć odwagę rozpoznać się w tym, czego za chwilę już nie będzie. To nie byt unika pytania o nicość, lecz raczej nicość okazuje się — chyba po raz pierwszy w duchowych dziejach ludzkości — prokrustowym łożem bytu: to tylko bowiem ma prawo zaistnieć w naszym życiu, co ma odwagę uwodzić nas nadzieją, że już za chwilę pozwoli się pochłonąć przez wiecznie nienasyconą nicość przeszłości. Dlatego miłość, w której świetle nie można zobaczyć jej kresu, przegrywa z romansem, który zawsze jawnie ku swemu kresowi zmierza.

Choć także obywatel demokratycznej wspólnoty powinien mieć poczucie własnej wartości i siły, to nie może ono jednak wyrastać na glebie tanich komplementów, którymi szczodrze obdarzają nas reklamy, lecz musi ono być owocem jego refleksyjnej i krytycznej obecności w świecie. W społeczeństwie demokratycznym władza nie ma już sama się reprodukować (jak to bywało we wspólnotach niedemokratycznych), lecz konstytuować się poprzez wybory dokonywane przez politycznie i społecznie aktywnych obywateli. Wczorajsi poddani dzisiaj muszą czuć się ludźmi godnymi tego, aby wyborów takich dokonywać. Potrzebujemy poczucia własnej wartości, gdyż tylko ono jest w stanie obdarzyć nas godnością podmiotu społeczeństwa demokratycznego. Nic więc dziwnego, że od czasów renesansu coraz częściej w sztuce, filozofii i literaturze podkreśla się wielkość i godność każdego człowieka. W jego kolejnych obrazach ubywa winy, a przybywa poczucia ważności. To człowiek, który stwarza siebie na obraz i podobieństwo wspólnoty, za którą chce i może być odpowiedzialny.

Sztuka przechowuje w sobie świat nawet wtedy, kiedy możliwie radykalnie stara się od niego dystansować. Kiedy sztuka od życia ucieka, to czyni to zawsze zgodnie z logiką Jonaszowej ucieczki od głosu Boga. Próby uwolnienia się od Boga były nieskuteczne, przypomnę, ponieważ Jonasz podejmował je konsekwentnie w granicach swojej wiary. Także sztuka nie może uwolnić się od życia. Prezentowane prace młodych artystów skupionych w trzech pracowniach prowadzonych przez profesorów Mirosława Adamczyka, Grzegorza Marszałka i Eugeniusza Skorwidera nie są afirmatywnymi reklamami propagującymi efemeryczne ideały społeczeństwa konsumpcyjnego. Te prace pytają — z mądrym i błyskotliwym poczuciem humoru — o zagrożenia, które czyhają na człowieka zatroskanego o swe możliwie intensywne związki ze społeczeństwem. To człowiek, który kładzie nacisk na swą obywatelską czujność oraz społeczną i kulturową aktywność. Autorzy prac bacznie przyglądają się sobie i światu; bywa ponadto, że założywszy szlachetny pierścień Gygesa lub nieco błazeńską czapkę niewidkę czerpią obficie mądrość, która płynie także z daru podglądania. Są przenikliwymi mistrzami precyzji; towarzyszą politycznym i społecznym kontekstom naszego życia (np. takie plakaty jak „Myth of Europe”, „Więzień sumienia”, „Globalny kryzys”, „Multi kulti”, „Young Energy for Europe?”, „Polak potrafi”, „Więcej kultury” ) oraz wydarzeniom artystycznym (np. projekty do okładek „Lost Highway”, „Dekameron”, „Makbet”, względnie plakaty filmowe lub festiwalowe, np. „Seksmisja, „Jazz Jamboree”, „Drogówka”, „Pod mocnym Aniołem”). Nie boją się stawiać naszej współczesności gorzkich pytań. Zarazem unikają intelektualnie taniego cierpiętnictwa oraz prostackiej metafizycznie płytkiej afirmacji losu. Nie uciekają od świata, lecz, podobnie jak mityczny gigant Anteusz, potrafią czerpać z kontaktu z nim inspirację i twórczą moc. Ich prace wpisują się z powodzeniem w nurt kultury wysysania przyjemności z samego faktu możliwości brania odpowiedzialności za własne życie.

W świetle tych prac nic nie jest takie samo. Nowych znaczeń nabierają rzeczy i sytuacje tworzone przez nie wraz z ludźmi. Ta inność pobudza i inspiruje oraz stawia zarazem opór naszym interpretacyjnym przyzwyczajeniom. To opór życzliwy, gdyż mądry. Bo czyż nie jest tak, że tylko te spotkania nas tworzą, które potrafią nas ograniczać, przeciwstawiać się naszej pięknej potrzebie wolności do bycia wiernym najczęściej temu, co już było. W każdym spotkaniu ze sztuką jest zawsze obecne jakieś przyzwolenie na pojawienie się w naszym życiu inności. Sztuka widzi zawsze inaczej. Sztuka także inaczej pamięta. I to, co najważniejsze – sztuka chce widzieć inaczej oraz sztuka chce inaczej pamiętać. Zwłaszcza sztuka dowodzi, że nie ma takiej oczywistości, której nie można ująć inaczej – inaczej spojrzeć, inaczej dotknąć, inaczej pomyśleć i inaczej zapamiętać. Choć już od dawien dawna sztuka ma odwagę być trudna, wciąż nie potrafimy oswoić tajemnicy, która jest źródłem tej odwagi. Legalizacji inności nigdy dosyć. Warto o tym pamiętać, gdy próbujemy samych siebie przekonać, iż pytania, podobnie jak podróże, kształcą, ponieważ pokazują, że żyć można także inaczej. Kto pyta, błądzi inaczej! Im więcej sposobów życia pojawia się na jego scenie, tym głębsze, bo skromniejsze, staje się spojrzenie na nie. Choćby dlatego warto spotykać się z pracami młodych artystów z Poznania.