Roczne archiwum: 2017

Dlaczego zostałem satyrykiem?

Absolutnie niesprowadzalni do wspólnego mianownika, zebrali się jednak, aby czasem działać razem. Chyba przesadną złośliwością byłoby twierdzić, że właśnie dlatego. Tym niemniej jedyną rzeczą, która wydaje się ich łączyć, tak polu satyry, jak i innych, które uprawiają, jest ich niekwestionowana pozycja. Z własnej i nieprzymuszonej woli postanowili odpowiedzieć na jedno z tych fundamentalnych pytań, których artyście stawiać się nie godzi. (Choć korci. Drugie z tej serii to np.: Skąd Pan/i czerpie inspiracje). Te odpowiedzi, skrajne różne, zaskakujące i oczywiste, lakoniczne i wylewne, błyskotliwe i szczere, pozostające w zgodzie lub opozycji do stanowiących ich istotną część obrazów być może nie wniosą nic, sparaliżują swą świetnością kilka pokoleń następców, albo zainspirują rozwój polskiej satyry o lata świetlne.

dlaczego pasek

DLACZEGO ZOSTAŁEM SATYRYKIEM?
Pokaz prac grupy artystycznej FECO Polska
Galeria RING, Rynek 12 
otwarcie wystawy 16 czerwca (piątek) godz. 19.00

DLACZEGO?

Dlaczego zostałam satyrykiem? Trudne pytanie, Gryzę ołówek…
Odpowiedź przecież muszę dać na nie złożoną z jakichś zabawnych słówek.
Umieścić żarcik między wierszami lub mrugnąć okiem gdzieś w pół zdania.
Tymczasem, mówiąc między nami, to nie do śmiechu lecz do wyśmiania
jest moja puenta… z prawdą czystą: zostałam satyrykiem dlatego,
że nie zostałam prawdziwym artystą!
MAGDA WOSIK

Magda Wosik

Szczypiorno koło Kalisza, końcówka lat 60. Rodzice uczą plastyki. Kiedy wychodzą do pracy, zajmuje się mną Elka od Chlastów, córka sąsiadów. Ciągle pali i sprowadza koleżanki, a ja leżę i ryczę. Elka wrzuca mi do łóżeczka gazety. Drę te gazety, robię z nich kule, rozrzucam i leżę szczęśliwy w tym śmietniku.
Kalisz, lata 70. Mama prowadzi mnie do przedszkola. Nienawidzę przedszkola, nienawidzę innych dzieci i pań przedszkolanek. Drę się na ulicy, kładę się na chodniku i wrzeszczę, że nigdzie nie pójdę. Przestaję, kiedy mama kupuje mi ołówek w pobliskim kiosku. I tak codziennie: rano histeria, potem ołówek na uspokojenie.
Podstawówka: nauczycielki krzyczą, a szkołą rządzą bracia Ostrychalscy z bloku komunalnego. Szkolny fartuszek mokry od potu. Nerwy i strach. Jedyna przyjemność to gryzmolenie w podręcznikach. Czarno-białym portretom bohaterów narodowych i twórców socjalizmu dorysowuję długopisem dziury w zębach, blizny na czołach i pirackie opaski na oczach. Ale dorysowywać każdy może – wpadam więc na pomysł, żeby wymazywać gumką farbę drukarską. Usuwam owłosienie z głów. Szarości retuszuję ołówkiem. Wychodzi jak na zdjęciu. Golę Lenina, Kościuszce zmieniam kształt nosa, a Konopnickiej płeć. Mogę wszystko.
Kąpiel w wannie. Mama odkręca wodę i – niespodzianka! – wlewa parę kropel specjalnego płynu, od którego robi się sztywna piana. Układam sobie z niej na głowie bryły, rzeźbię fryzury, modeluję wąsy i brody. Stoję przed lustrem i jestem Einsteinem, Tołstojem, Franciszkiem Józefem. Walenie w drzwi: – Co tam robisz w tej łazience tak długo?!
W trzeciej klasie podstawówki pojawia się nowa koleżanka – Ewa. Kocham się w Ewie, ale to tajemnica. Koledzy z klasy natychmiast zaczynają ją adorować: nadskakują, odprowadzają do domu, noszą za nią tornister. Przyglądam się temu z zazdrością i piszę złośliwy wierszyk ośmieszający adoratorów. Tekst krąży po klasie, ktoś go sobie przepisuje na lekcji. – Co tam piszesz pod ławką?! – nauczycielka wyrywa koledze kartkę i z wyraźną satysfakcją czyta na głos. Słyszę rechot całej klasy i płonę ze wstydu. W sąsiedniej ławce siedzi Ewa.
Liceum. Rysuję długopisem po szkolnych ławkach. Każą mi zostawać po lekcjach i czyścić blaty. Zostaję, ale zamiast szorować ławki, wynoszę je do innej klasy i zamieniam na czyste.
Lata 80. Studiuję grafikę we Wrocławiu. Stoimy w pracowni za sztalugami i przez kilka godzin rysujemy modelkę. Słychać szorowanie ołówków o brystole. Nudne to rysowanie. Gapię się na kolegów. Jeden człapie jak kaczka i beczy jak koza. Naśladuję tego kolegę, też chodzę jak kaczka, tylko bardziej i przedrzeźniam jego głos. Koleżanki pękają ze śmiechu.

Plakat Geta Stankiewicza dla Opery Wrocławskiej do „Boccaccia”. Get to mój guru, na plakacie namalował siebie: wypina wielki brzuch i z uśmiechem prezentuje wielką, czerwoną marchewkę przywiązaną do krocza. Czasy są ponure, ale z plakatu bije potężna energia, radość, szyderstwo i kpina. Przebieram się za Geta z tego plakatu: wypycham sobie brzuch poduszką i z półmetrową marchewą z masy papierowej sterczącą między nogami przechadzam się po Wrocławiu. Nie wiem, po co to robię. Może po prostu chcę być tym facetem z plakatu, któremu wszystko wolno.
Jesień 1990 roku. Jestem w małej miejscowości nad Bałtykiem. Pierwsza kampania prezydencka w Polsce. Jarosław Kaczyński namawia Polaków do głosowania na Lecha Wałęsę. Trudno uciec przed polityką – wciska się wszystkimi otworami i rozpala emocje. Próbuję rysować, ale nie mam nawet ołówka, sklepy pozamykane – już po sezonie. Sięgam do kosza na śmieci: opakowania, gazety, papierki po cukierkach. Drę i sklejam z tych skrawków gęby polityków. Radość ta sama jak wtedy w Szczypiornie, kiedy Elka od Chlastów wrzucała mi do łóżka gazety. Hej, wy tam, słyszycie mnie? Mam kosz na śmieci i celuję prosto w was, skurwysyny!
TOMASZ BRODA

***rysunki do katalogu Dlaczego zostałem satyrykiem pochodzą z książki Coś pan zmalował! mojego autorstwa.

Tomasz Broda

Siedzę sobie w domu i piję herbatę, zastanawiając się, dlaczego zostałam satyrykiem? Od zawsze postrzegam siebie jako osobę wesołą, z dużym poczuciem humoru. Lubię się śmiać i opowiadać zabawne historie, uczestniczyć w kawałach i wygłupiać się z przyjaciółmi. Nie jestem śmieszkiem ani klaunem, a tym bardziej pajacem – ale radość i śmiech zawsze były mi bliskie. Dlatego naturalną konsekwencją tego stylu życia było przeniesienie owej radości na papier – w moje rysunki. Śmiech, zabawa, żartobliwy lapsus są często nieodłącznymi elementami ilustracji. Mój śp. Najukochańszy Profesor Zygmunt Januszewski tłumaczył mi zawiłości dobrej ilustracji, aby właśnie z żartu uczynić swoją siłę. Tak właśnie stworzyłam panteon koślawych bohaterów, małp przebranych w garnitury i wypinających czerwone pupy w stronę publiczności, piesków bez oka lub kolejnych portretów rodzinno-przyjacielskich. Okraszałam swoje postacie dymkami, misternie kaligrafowanymi napisami tak, aby każdy z nich miał swoją kwestię i nie pozostał zapomniany. Satyra w moim przypadku zawsze szła w parze z karykaturą. Nie jest opisem świata w krzywym zwierciadle – to raczej mały szczegół, który zmienia charakter sytuacji. Kaprawe oczko, klapnięte uszko, rozjechane nogi, pogubione proporcje…, czasem kogoś przygniecie wielki but, innym razem eksploduje głowa pełna instrumentów. Wyobraźnia jest najlepszym arsenałem pomysłów i gagów.
Czy w takim wypadku nazwałabym się satyrykiem? Nie wiem…, ale wiem na pewno, że bardzo gładko weszłam w otoczenie Satyrykonu i poznałam tam ludzi, którzy myślą podobnie do mnie. A może ja myślę podobnie do nich? W każdym razie ten obustronny przepływ myśli umożliwia stworzenie sytuacji, w której można się śmiać do woli. I ten śmiech jest zaraźliwy.
AGATA DUDEK

Agata Dudek

Dlaczego ja, Stanisław Gajewski, zostałem satyrykiem? Tak się to jakoś wszystko ułożyło i, jak widać, inaczej już nie mogło, skoro jest, jak jest. Mieszkałem od urodzenia w centrum – można powiedzieć – życia społecznego i przestrzeni publicznej: pomiędzy kościołem, komisariatem Policji, sklepem spożywczym, urzędem pocztowym, szkołą, strażą pożarną i przystankiem autobusowym. Otaczały mnie zatem same atrakcyjne i pociągające zawody (wyjąwszy, oczywiście, księdza – to nie zawód, a powołanie). Policjant, sprzedawczyni w sklepie, listonosz, nauczyciel, kierowca autobusu – to wszystko jednak odpadało. Albo zbyt duża konkurencja (policjant), albo trzeba było być kobietą (sprzedawczyni w sklepie), a ja nie jestem; albo potrzebna była umiejętność jazdy na rowerze (listonosz), a ja jeździłem tylko na hulajnodze (listonosz na hulajnodze – prawie satyryk); nauczyciel odpadał – wiadomo, obyś cudze dzieci uczył (i wszystko jasne, po co sobie i innym życie marnować!); albo nie miałem autobusu (kierowca w Zakładzie Transportu Miejskiego – właścicielem autobusu, tak sobie to wyobrażałem jako dziecko). Pozostawał strażak. Tu jednak też była konkurencja (może nawet jeszcze większa niż na policji). No, i prawie – pomimo konkurencji – się udało. Prawie. Chciałem bowiem być strażakiem, a został satyrykiem. Moim zdaniem wszystko jest w jak największym porządku i najprawdziwszej harmonii, ponieważ jestem (no, prawie) tym, kim w wieku dziecięcym chciałem być i po wielu latach żmudnej pracy nad sobą samym, z niemałym mozołem – zostałem (prawie). Bo, proszę Państwa, satyryk to taki niby strażak, który jedną ręką podpala, żeby drugą ręką zaraz gasić. Czyli prawie-strażak. A do tego cały czas jest robota (pokażcie mi bezrobotnego strażaka albo bezrobotnego satyryka!). Dzięki Wam, tak, proszę Państwa, dzięki Wam, mamy co robić. To Wy nieustannie dostarczacie robotę mnie i takim jak ja innym prawie-strażakom. To Wy jesteście prawdziwymi autorami satyry w każdej jej postaci, rodzaju i odsłonie. My, satyrycy, tylko ubieramy Wasze „dzieła” w formę, nadajemy im odpowiedniego kolorytu i wyrazu, można powiedzieć redagujemy je, by to, czego sami jesteście autorami, wracało do Was w czytelnej (dla Was) postaci. Dla satyryka czyli prawie-strażaka robota jest zawsze. I dlatego właśnie ja, Stanisław Gajewski, zostałem satyrykiem, ponieważ chciałem być strażakiem.
STANISŁAW GAJEWSKI

Stanisław Gajewski

Wciąż powątpiewam, czy rzeczywiście jestem satyrykiem. Zaskakuje mnie uśmiech na twarzach ilustratorów, który jest reakcją na moje skromne art-propozycje, kiedy właściwie nic w nich szczególnego czy zaskakującego nie przedstawiam. Jest to dla mnie dość wymowne i sprawia, że ukryta satyra, której nie zawsze jestem świadomy ujawnia się. Taki odbiór moich prac daje mi wystarczającą satysfakcję i motywację, bym dalej tym się zajmował. Satyra nie jest celem w mojej twórczości ilustratorskiej, a najpewniej wynika ona jedynie ze sposobu mojego patrzenia i odbierania rzeczywistości. Zawsze fascynowała mnie metafora oraz swoboda wyobraźni rysowników przetwarzających tematy w zgrabną formę bez dosłowności…Też tak chciałem i wciąż chcę to robić lepiej.
JERZY GŁUSZEK

Jerzy Głuszek

Zawsze pociągała mnie publicystyka, a w szczególności ta nieobiektywna.
SEBASTIAN KUBICA

Sebastian Kubica

Będąc małą dziewczynką spędzałam czas na rysowaniu – czymkolwiek i na czymkolwiek się dało. W wieku sześciu lat na plastikowej obudowie telewizora wyskrobałam szpikulcem piękne kwiatki. Zdanie rodziców było krańcowo różne od mojego. Niezrażona miażdżącą krytyką tworzyłam dalej. Popisywałam się przed rówieśnikami, rysując ptaszki i królewny, a potem karykatury nauczycieli. Dzięki temu byłam bardzo popularna. W sklepiku szkolnym sprzedawałam koperty z moimi rysunkami i miałam pieniądze na pączka.
Moim ulubionym czasopismem były „Szpilki”. Co niedziela pani w kiosku zostawiała mi egzemplarz. Czytałam i oglądałam, nie do końca rozumiejąc treść, ale podobały mi się te rysunki, komiksy i wiersze. Chciałam tak rysować. Wycinałam z „Przekroju” Humory zeszytów szkolnych i wklejałam do zeszytu. „Skowronki wzbijały się w górę i rżały swój hymn poranny”, a „ja dostałam suczkę żółwia.” „Geny siedzą w mózgu” – to fakt, a „żyrafa jest najwyższą formą życia”. Powstawały z tego gazetki ścienne i ilustracje. Rysowanie było lekiem na rozterki.
Śmiech to najlepszy sposób na bycie osobą towarzyską i lubianą, a ja taką chciałam być. Chciałam być także wokalistką rockową, a jeszcze lepiej wokalistą.
Czuję się pół-kobietą, pół-mężczyzną, pół-dzieckiem. Razem jest mnie więc półtorej.

Nie jest prawdą, że wszystko mnie śmieszy – wręcz przeciwnie. Wymyślanie rysunków satyrycznych to bardzo ekscytujące zajęcie – gimnastyka dla umysłu, szukanie kodu plastycznego dla przekazania idei. Mogę powiedzieć, co lubię, co mi się podoba, ale też mogę się bezkarnie wyżyć. To język, który wszyscy rozumieją bez względu na narodowość, wiek, rasę, płeć.
Dlaczego zostałam satyrykiem? Czy ja jestem satyrykiem?
MAŁGORZATA LAZAREK

Małgorzata Lazarek

Bo nie miałem wyjścia.
Spotkałem kiedyś człowieka, który zbierał karykatury samolotów. Zrozumiałem wtedy, że wszystko – i osoba, i zwierzę, i rzecz – mają swój charakter.
Najprościej jest go pokazać uwypuklając cechy i tak już wypukłe.
A więc… robota leżała na ulicy, wystarczyło ją tylko podjąć.
GRZEGORZ SZUMOWSKI

Grzegorz Szumowski

Nie wiem. I to by była chyba najlepsza odpowiedź, ale tak serio, to chyba z wrodzonej przekory i inspiracji dostarczanych przez samo życie. Fotografowałem praktycznie od dziecka. Pamiętam swoje pierwsze zdjęcia – jakieś uschnięte konary drzew, zdechłą wronę w parku. Dzisiaj z uśmiechem myślę, że były to moje pierwsze poszukiwania twórcze. Potem było już tylko gorzej, bo nastąpiło „mocowanie się” z warsztatem foto i zgłębianie techniki fotografowania. Samo fotografowanie na pozór jest prostą czynnością manualną i być może dlatego wiele osób uważa, że aby zrobić zdjęcie (czy dobre?), wystarczy „pstryknąć”. Takie podejście wyprowadza mnie z równowagi i z szacunku dla swojego zdrowia nie podejmuję dyskusji. Kiedyś pewna gospodyni przyjęcia powitała mnie słowami: robi pan świetne zdjęcia, musi mieć pan chyba dobry sprzęt. Przełknąłem to jakoś, a wychodząc pożegnałem panią mówiąc: świetnie pani gotuje, pewnie ma pani dobre garnki. Fotografia uczy pokory i bardzo szybko to zrozumiałem. Potem wielokrotnie powtarzałem moim studentom, że przy fotografowaniu, wbrew pozorom, trzeba myśleć. Czasami pomoże przypadek lub łut szczęścia, ale… Z rozkoszą znajduję wady we wszystkim, co nadęte i napuszone, a im bardziej monumentalne, tym śmieszniejsze. Dotyczy to zjawisk, zdarzeń, ale przede wszystkim ludzi i ich zachowań. Niektórych jest mi po ludzku żal, ale jako satyryk z przyjemnością im przypieprzę.
Satyryk nie powinien być po żadnej stronie. Ma być ponad i nawet jeśli coś wymyśli, to powinna to być prawda, bo ona jest najważniejsza. W swych działaniach powinien być obiektywny, ale bezlitosny. Niektórzy są przekonani, że mogą świat zbawić, ale swoją śmiesznością mogą jedynie zabawić.
Wiele wykonanych przeze mnie fotografii pokazuje, że wcale się nie zmieniamy i większość żartów ciągle jest aktualna.
ZENON ŻYBURTOWICZ

Zenon Żyburtowicz

Szopen i Szpilki

pasek do vasiny

Siedzę w pociągu, wracam z Satyrykonu. To mój pierwszy Satyrykon w życiu. Nie uczestniczyłem w nim nigdy ani jako artysta, ani jako juror.

Sięgam pamięcią wstecz. Rysunek satyryczny zawsze towarzyszył mi w różnych momentach mojego życia, a ja poprzez obcowanie z nim kształtowałem tę część siebie, którą bardzo cenię u innych. Ilustrowane gazety uwielbiałem od dziecka. Pierwszy był „Świat Młodych”. Nie „Świerszczyk”, nie „Miś”, tylko „Świat Młodych”. To nie dlatego, że byłem dzieckiem genialnym, nad wiek rozwiniętym, to dlatego, że na ostatniej stronie był komiks z Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem. To chyba taki pierwszy wyraźny moment w mojej pamięci, kiedy ryczałem ze śmiechu. Pamiętam też rozczarowanie i smutek, gdy po raz kolejny w tygodniu odchodziłem od kiosku z niczym, nie mogąc zrozumieć, że słowo tygodnik oznacza, że kolejny, pachnący farbą drukarską numer będę mógł nabyć dopiero za tydzień. Uwielbiałem przygody uczłowieczanej z różnym skutkiem małpy, narwanego chudzielca oraz przemądrzałego kujona w okularach. Ich „tekstami” mówiliśmy potem całą podstawówkę i liceum. Znajomość dialogów z „Tytusa” była jak kod, dzięki któremu rozpoznawaliśmy się jak członkowie tajnego stowarzyszenia.
Kolejny był tygodnik „Przekrój”. Właściwie niewiele może się równać z uczuciem dumy i podekscytowania, gdy pędziłem do domu z nowym „Przekrojem”, z nierozciętymi stronami. O to przecinanie stron zresztą zawsze była subtelna awantura w domu. Z założenia to niby miałem być ja, lecz utkwiła mi w pamięci delikatna nuta irytacji moich rodziców i dyplomatyczne próby przejęcia rytuału przecinania stron. Pewno dziś niewiele osób pamięta, że nazwa wiązała się właśnie z tymi nieprzeciętymi stronami. „Przekrój” zawsze zaczynałem czytać i oglądać „po japońsku”, od końca, od ostatniej strony i ten zwyczaj pozostał mi do dziś. Tam na ostatniej stronie był subtelny, czasem melancholijny humor profesora Filutka oraz przedrukowane rysunki satyryczne z „Puncha”, „The New Yorkera” i innych gazet ze świata. Tę ostatnią stronę, którą szybko awansowałem do rangi strony pierwszej i najważniejszej, lubiłem najbardziej. No, i oczywiście okładki. Szczególnie, gdy rysował je Daniel Mróz. Pamiętam, że te rysunki satyryczne na ostatniej-pierwszej stronie były strasznie śmieszne, uwielbiałem pokazywać je rodzicom, uwielbiałem, gdy się śmiali. Ten śmiech był ważną częścią naszej rodziny. „Przekrój” bardziej oglądałem niż czytałem, a może celniej byłoby napisać najpierw oglądałem, a potem czytałem.
Etap młodzieńczy to były „Szpilki”. Po zajęciach w Liceum Plastycznym, biegliśmy z kumplami do centrum Krakowa na wyścigi i robiliśmy rundkę po antykwariatach. Najcenniejszym miejscem był nieistniejący już antykwariat na rogu ulic Sławkowskiej i Św. Tomasza. „Szpilki” fascynowały nas swoją stroną graficzną, różnorodnością stylów, ale przede wszystkim poczuciem humoru. Uwielbialiśmy rysunki Chodorowskiego, Czeczota, Jury, Sawki, Dudzińskiego, Januszewskiego, ale najbardziej śmialiśmy się przy rysunkach i krótkich komiksach Mleczki. Były to pewnego rodzaju zawody. Ten, kto kupił w antykwariacie „Szpilki” z Mleczką, ten wygrywał, zwłaszcza, gdy był to egzemplarz nikomu wcześniej nie znany.
Rysunki satyryczne i ilustracje były dla mnie i dla moich przyjaciół ważne. Oglądając ocenialiśmy je, tworząc swoiste rankingi. Mieliśmy swoje ulubione rysunki, te pamiętam do dziś. Inne śmieszyły nas mniej. Potrafiliśmy powiedzieć dlaczego. Choć tak naprawdę tymi nieśmiesznymi nikt nie zawracał sobie długo głowy. Ich żywot w naszych sercach był krótki. No, chyba że były obłędnie narysowane. Nie przypuszczałem wtedy, że kiedyś, w przyszłości, umiejętność oceny wymieszana z poczuciem humoru może mi się do czegoś przydać.
Siedzę w pociągu, wspominam sobotę, dziesiątki oglądanych prac.
Tegoroczny Satyrykon to 2.388 prac 670 autorów z 59 krajów. Jego otwarta formuła to z jednej strony piękny gest pozwalający wziąć udział w konkursie wszystkim adeptom sztuki, młodym artystom, studentom szkół artystycznych i krewkim emerytom; amatorom z domów kultury i pracującym w zawodzie profesjonalistom. Z drugiej strony to przekleństwo, bo jak to ze sobą porównać. Przekleństwem jest też różnorodność technik, stylów, lecz ten nadmiar, eklektyzm, przesyt to przecież trochę znak naszych czasów. Organizatorzy i Jury nie mieli łatwego zadania. Z drugiej strony to niezwykłe doświadczenie. Bo z tej swoistej wieży Babel Jurorzy musieli wyłowić prace najlepsze bez względu na styl czy konwencje. Czasy, w jakich żyjemy odbijają się w Satyrykonie jak w zwierciadle. Motywy, tematy, krajowe i zagraniczne, oraz te bardziej uniwersalne. Czy poziom prac był wysoki? Nie mam porównania z poprzednimi latami. Określiłbym go jako bardzo przyzwoity. Mam w pamięci wiele świetnych ilustracji, dużo znakomitych pomysłów, parę śmiesznych rysunków satyrycznych, kilka naprawdę śmiesznych, a to już dużo. Obrady Jury były burzliwe, ale sprawiedliwe. Werdykt zapadł demokratycznie, niejednomyślnie, jest głosem większości. Tak działa Jury, tak działa formuła konkursu i tak ma być.
Siedzę w pociągu, wracam z Satyrykonu, zaczynam lekko przysypiać. Odpływając w sen rechoczę cichutko do siebie, pamiętając Young Chopin playing piano.

Dariusz Vasina

(wstęp do katalogu wystawy pokonkursowej Satyrykon 2017)

MIĘDZYNARODOWA WYSTAWA SATYRYKON – Legnica 2017
otwarcie wystawy pokonkursowej
Muzeum Miedzi w Legnicy, ul. Św. Jana 1, 16 VI 2017 (piątek), godz. 18.00

wystawa 2017_ pasek_1_zm

wystawa 2017_ pasek_2_zm

wystawa  satyrykon 2017_pasek 3_zm

katalog_satyrykon 2017_ pasek_4_zm

40 lat Satyrykonu

Od czterdziestu lat nieodmiennie budzi żywe emocje. Chyba każdy, kto się z nim zetknął ”wie lepiej”, jak wyglądać POWINIEN. Często zachwyca tych, którzy przyjeżdżają z daleka. Z reguły nie zadowala tych, którzy są bliżej.
Zawsze chciał więcej i, o zgrozo, mu nie przeszło! Rysunek satyryczny (1977), fotografia (1980), od wielu lat otwarty dla malarzy, ilustratorów i rzeźbiarzy, dziś coraz bardziej łakomie łypie okiem w kierunku ruchomych obrazów. Region (1977), Polska (1978), świat (1985). Coraz intensywniejsza działalność wydawnicza, własny kalendarz, organizowane przez cały rok wystawy, spotkania i warsztaty. Od ponad sześciu lat dzięki władzom miasta ma własną galerię.

Satyrykon 2013-2017

Satyrykon 2013-2017

Najstarszy w Polsce i jeden ze starszych na świecie plastyczny konkurs satyryczny, nigdy nie chciał być tylko konkursem. Narodził się jako spotkania oraz prezentacja artystów i tej tradycji pozostaje wierny. Od początku też nie zamierzał się ograniczać do sztuk plastycznych. W ramach prezentującego szereg wystaw festiwalu konsekwentnie buduje również estradę goszczącą kabarety, muzyków i teatry. Cztery lata temu postanowił przyznawać również swoje Szpile. Daje je po prostu wyjątkowym Osobowościom. Tym, którzy idąc pod prąd stereotypom najmocniej zmuszają polskie społeczeństwo do myślenia. Nieważne, w jakiej dziedzinie tworzą. Muzyka, teatr, film, może być również piłka nożna, memy czy fryzjerstwo.

Debiutantów często zaskakiwał i zaskakuje nagrodą. Przed znanymi nie chce padać na kolana. Zyskujących dzięki niemu sławę potrafi zniechęcić tym, że nie zamierza nagradzać bez końca. Z drugiej strony budując corocznie inny skład międzynarodowego jury pozwala bezstronnie docenić utrzymywany przez lata przez artystę świetny poziom. Niektórych podobno trochę onieśmiela. Stara się tworzyć własne zasady, które go wyróżnią. Przez wiele lat wolał rysunki bez podpisu. Ale w zetknięciu z wykraczającym poza te zasady talentem, nigdy nie wahał się ich łamać. Ma pewną idée fixe, której zawsze pozostanie wierny. Traktuje satyrę jako jedną z najważniejszych dziedzin sztuki.

pasek3_zm

Można powiedzieć, że powstając idealnie ”trafił w swój czas”. Niemal bez żadnej promocji, samą siłą przyświecającej mu idei, zdobył niegdyś wielu wspaniałych sojuszników. Szpilki, Eryk Lipiński, Muzeum Karykatury. Z kolosalnym zdumieniem przyjął fakt, że na drugiej półkuli wiedzą o nim, i że dla ”Witty World” jest jednym z najlepszych konkursów na świecie (1987). W czasach zamknięcia polskich granic był to taki szok, że do dziś trudno zapomnieć. Choć późniejsza dobra ocena FECO tudzież spontanicznie napływające fale prac z Ameryki Południowej, Chin, Iranu, Indonezji czy Tajlandii zdołały go nieco na komplementy uodpornić. Podobnie zresztą jak na krytykę. Ale rzesze nowych artystów, którzy pojawiają się ”znikąd”, nieodmiennie wprawiają go w uniesienie. Nawiązane więzi stara się usilnie pielęgnować. Od wielu lat bardzo się o promocję troszczy. Nie tylko zresztą dla siebie, bardziej z myślą o artystach, których ”wziął pod swoje skrzydła”.

Przez te 40 lat próbowało w nim swoich sił bardzo wielu. Setki jakże znakomitych, znanych w swych krajach nazwisk. Niektórzy są mu przez dziesięciolecia wierni, choć nigdy nie zdobyli tu nagród. Chyba go po prostu lubią… To właściwe miejsce, by im i wszystkim innym podziękować i powiedzieć, jak bardzo nawzajem są przez Satyrykon lubiani. Że mimo tych tysięcy prac, nikt nie pozostaje anonimowy. Że nigdy nie uchodzi uwadze dorobek, z jakim niekiedy tu przychodzą, czasami drobna zmiana pseudonimu, rozwój czy późniejsze sukcesy.

Prawdę mówiąc nieco dziwną wybrał sobie siedzibę. Stary polski, piastowski gród i piękne niemieckie Liegnitz, które po II wojnie stało się obiektem bodaj najdziwniejszego żartu w swej historii. Jak mówił popularny, autoironiczny dowcip, miasto przypominało z lotu ptaka talerz pierogów  – w połowie ruskich, w połowie leniwych… A jednak Satyrykon w Legnicy zawsze  widział nie tylko satyryczny potencjał. Nigdy się nie chciał przeprowadzać. Wręcz przeciwnie, uwielbiał zapraszać do siebie i nawet w czasach największej biedy gościć „po polsku”. Coraz mocniej”wrastał”. Korzystając ze swych wspaniałych artystycznych znajomości ofiarowywał Legnicy kolejne dowody wiernej miłości. Aż wreszcie dzięki Florianowi Crihanie podsunął swemu miastu głębokie, piękne i intrygujące satyryczne zwierciadło. Nigdy w całej swej historii takiego nie miało. A przecież mieć powinno! W końcu przez te czterdzieści lat stało się ważnym punktem na satyrycznej mapie świata.

Właściwie od czasu, kiedy powstał, Satyrykon próbuje się podsumować. Oczywiście, by wyciągnąć wnioski na przyszłość. Jednak kolejne, coraz bardziej okrągłe i imponujące jubileusze obchodzi dość pobieżnie i pospiesznie, bardziej zaabsorbowany aktualną edycją i tymi, które – ma nadzieję – po niej nastąpią. Wciąż nie spisał w wystarczającym stopniu swoich dziejów. Były próby, jednak zebranie i dopełnianie wspomnień, bezstronny historyczny komentarz i interpretacja tego, co się przez 40 lat tu w Legnicy w sztuce (właśnie tak, nie, po prostu, w satyrze) zdarzyło, wciąż czeka. Sam Satyrykon właśnie po raz kolejny przegapił tę szansę. Zresztą, czy nie powinien tego zrobić ktoś inny?

pasek _4_zm

Jego życie codzienne toczy się w naturalnym rytmie bodaj bardziej stałym niż pory roku. Zbieranie funduszy, szukanie tematu, wystawa w Galerii Satyrykon, montowanie znakomitego, nieustępującego latom poprzednim składu jury przyszłej edycji, druk kolejnych regulaminów, druk kalendarza, kolejna wystawa w Galerii Satyrykon, nadchodzenie z całego świata prac od artystów, z których duża część to dobrzy znajomi… Zwyczajne dni, kilka świąt w postaci wernisaży i posiedzenia jury. Wreszcie karnawał w postaci dwudniowego czerwcowego festiwalu. W pogoni za niedoścignionym ideałem cały czas coś się próbuje ulepszać. O potrzebie zmian mówi się właściwie bez przerwy. Jednak Prawdziwe Zmiany nie następują rewolucyjnie, ale raczej ewolucyjnie, a zaczynają się chwilami niemal niepostrzeżenie. Dość rzec, że jeden z największych w Polsce, liczący obecnie ponad 28 tysięcy satyrycznych prac, zbiór został zapoczątkowany niemal przez przypadek.

Co więc teraz wydaje się najważniejsze? Może to, aby Galeria Satyrykon jeszcze bardziej nabrała wiatru w żagle? Ostatnio ma ambicje uczyć najmłodszych miłości do satyry. Ale przecież nie wolno zaniedbać i starszych. Albo to, aby wspaniały zbiór prac pokazać wreszcie w Internecie? A może jednak ”Funny food”? Ten ostatni smaczny plan, by nie tracąc artystycznych ambicji, przez ”żołądek” trafić do serc mas? Albo jednak przekraczający wszelkie oczekiwania rozwój ”Skłonności do ostrości”? Według wstępnych planów ten cykl studenckich wystaw właściwie miał się już kończyć, tymczasem żyje własnym szalonym życiem i tak łatwo ukrócić się nie da… Może wreszcie dokonująca się nie bez związku z powyższym kolejna pokoleniowa zmiana warty? Prawdę mówiąc, Satyrykon przeżył ich już kilka. I z werwą wierzy, że jeszcze niejedną przeżyje!

Beata Zborucka

Wydawnictwo jubileuszowe już do pooglądania i kupienia w Galerii Satyrykon.

Satyrykon 40 lat

Plenerów czar

W ciągu 40 lat wiele było pomysłów na rozszerzenie i ożywienie formuły Satyrykonu. Nietypowe wernisaże, nawet sesja naukowa. Były i plenery, za którymi wielu łza się w oku kręci…

wspomina Ewa Barciszewska

Satyrycy, zwłaszcza ci rysujący, okazali się… żądni integracji. Poza nielicznymi przypadkami nie znali się nawzajem osobiście – znali tylko swoje rysunki z łamów gazet. I to Legnica okazała się miejscem, w którym wreszcie mogli się spotkać Cebula z Kapustą, Jujka ze Stokiem  czy Zdrodowski z Rzeszutkiem. Widząc to zjawisko, które materializowało się w formie przygotowywanych nocami gazetek, „drukowanych” początkowo za pomocą spirytusowego powielacza, organizatorzy postanowili artystom w tej integracji nieco pomóc. Najpierw były to spotkania autorskie karykaturzystów w organizowanych ad hoc duetach czy tercetach, wspólne wyprawy satyryków do legnickich zakładów pracy (np. Browar czy Huta Miedzi) i wycieczki w różne ciekawe miejsca na całym Dolnym Śląsku. W końcu wykluły się z tego dwa albo trzy „plenery satyryczne”. Rysowników zaproszono do przyjazdu na parę dni przed otwarciem wystawy konkursowej i wywieziono w przyjemne miejsce, gdzie mogli się integrować przez jakiś czas do woli i swobodnie, zostawiając potem swoje dzieła do zbiorów powstającej Galerii Satyrykonu. Takie plenery odbyły się na pewno w Książu i Piotrowicach. Może jeszcze gdzieś, ale nie pamiętam…

Mirosław Zdrodowski - plon pleneru 1979 w Galerii Satyrykonu

Mirosław Zdrodowski – plon pleneru 1979 w Galerii Satyrykonu

Największą – pozaartystyczną – furorę na plenerze w Książu (1985) zrobili na pewno Pogorzelcy, czyli Tomek Rzeszutek (Szczecin) i Mirek Zdrodowski (Lublin). Młodzi artyści, zmęczeni ekscytującym, twórczym dniem, postanowili przed snem napić się jeszcze w swoim pokoju herbaty. Polskim, delegacyjnym zwyczajem nalali wodę do szklanki czy kubka i wsadzili do niej grzałkę. Obudzili się w kłębach dymu i nie było to dla nich specjalnie przyjemne. Straty popożarowe musieli – niestety – pokryć ze swoich satyrykonowych nagród.

Satyrykonowa gazetka 1978, nagrodzone w 1985 roku prace: Tomasz Rzeszutek i Mirosław Zdrodowski (kopia z katalogu, niestety, nie zachował się oryginał)

Satyrykonowa gazetka 1978, nagrodzone w 1985 roku prace: Tomasz Rzeszutek i Mirosław Zdrodowski (kopia z katalogu, niestety, nie zachował się oryginał)

Z pobytu w Piotrowicach, w 1987 r., utkwiło mi w pamięci zdarzenie innej zupełnie natury. Pierwszego wieczoru satyrycy, dziennikarze i inni jeszcze goście „integrowali się” do późna w jakimś wspólnym, większym pomieszczeniu. Był wśród nas Andrzej Garczarek – bardzo wówczas popularny poeta z gitarą, znany przede wszystkim z piosenki zaczynającej się od słów: Przyjaciół nikt nie będzie mi wybierał, wrogów poszukam sobie sam / Dlaczego, ku… m.. bez przerwy poucza ktoś, co robić mam… Jak na poetę i barda przystało zmontował dla siebie „estradę” złożoną ze stolika i stojącego na nim krzesła, no i zaczął się koncert, wspierany głosami i oklaskami słuchaczy. Po jakimś czasie świetnej zabawy z hukiem otworzyły się drzwi i do pomieszczenia wkroczyli dwaj albo trzej… milicjanci. Podobno to miejscowa ludność zawiadomiła ich o tej „pożałowania godnej, pijackiej burdzie”. W pierwszej kolejności nakazali artyście zejść na ziemię – dosłownie i w przenośni. Zanim zdążyli zażądać od niego dowodu osobistego podszedł do nich jeden z uczestników wieczoru, legniczanin, nazwijmy go Z. Ów Z pierwszy wyciągnął z kieszeni jakiś tajemniczy dokument, pokazał go funkcjonariuszom, coś cicho do nich powiedział i… zamknął za wycofującymi się i salutującymi mu drzwi. Po czym z miłym uśmiechem, gestem  zachęcił Garczarka do kontynuowania koncertu. Ci, którzy byli bliżej usłyszeli podobno cedzony przez zęby tekst: - Wyp…. stąd! I zapamiętajcie sobie, że dawno się tak kulturalnie nie bawiłem!

Wspomniane wydarzenia trafiły na łamy ówczesnych "Konkretów" (1987)

Wspomniane wydarzenia trafiły na łamy ówczesnych „Konkretów” (1987)

Znamy laureatów Szpil Satyrykonu 2017

Znamy laureatów Szpil Satyrykonu 2017. Zostali nimi Robert Górski oraz Maciej Stuhr.

Laureatów wyłoniła kapituła w składzie:

Artur Andrus
Magda Czapińska
Tomasz Olbratowski
Mirosław Ratajczak
Grzegorz Szczepaniak

Ponieważ pierwszego z laureatów nominowało aż czterech członków kapituły losy tej Szpili zostały natychmiast – już na tym etapie prac – przesądzone. I choć wielu z czytających przekona zapewne najbardziej lapidarne uzasadnienie - za „Ucho Prezesa”. I tyle - rozwińmy, że nagroda ta została również przyznana np. za kongenialny przekład z Naszego na polski, czyli Dobrej zmiany na Powrót do przyszłości. Można to porównać do rewolucji, jaką było przetłumaczenie Biblii z łaciny na języki narodowe. Tym samym Robert Górski został laureatem Szpili Satyrykonu po raz drugi (pierwszy raz w 2014 za Kabaret Moralnego Niepokoju i „Posiedzenia rządu”).

Macieja Stuhra nagrodzono za to, że podobnie jak rok temu spełnia w 100% wszystkie warunki, tyle że jeszcze bardziej! Otwarty umysł, poczucie humoru, dystans do siebie i do świata oraz „chodzenie pod prąd fasadowej poprawności i wątpliwej normalności” Ma odwagę mówić to, co myśli. Uroczy artysta i przyzwoity człowiek.

A oto pełna lista nominacji wraz z niektórymi uzasanienieniami:

PIOTR BUKARTYK – za bardzo inteligentne i błyskawiczne reagowanie na „coraz bardziej otaczającą nas rzeczywistość”

ROBERT GÓRSKI – za „Ucho Prezesa”. I tyle.

Wprawdzie niedawny laureat Szpili, ale „Ucho prezesa” ponoć może zmienić naszą scenę polityczną, ponoć „bezpowrotnie utopiło” partię rządzącą. Tak twierdzą dziennikarze (Jan Wróbel) i politycy (Paweł Kowal), czyli coś w tym musi być. Jeśli mają rację to tej kandydatury zabraknąć nie może. Swoją drogą Robert Górski w roli Prezesa to nie tylko mocny kandydat do Szpili, ale też do jakiejś najważniejszej nagrody w dziedzinie telewizji internetowej dla aktora charakterystycznego.

“Ucho prezesa” – za kongenialny przekład z Naszego na polski, czyli Dobrej zmiany na Powrót do przyszłości. Można to porównać do rewolucji, jaką było przetłumaczenie Biblii z łaciny na języki narodowe.

MARIUSZ KAŁAMAGA– satyryk, kabareciarz, stendaper, od niedawna również jeden z prowadzących poranny program w RMF FM. Nominuję Mariusza za stworzenie kilku postaci w programie Wstawaj szkoda Dnia: pana Ambrożego, pana Wietnamskiego, siostry Izobary, ojca Meteo, doktora Etera. Osiągnieciem wartym zauważenia jest to, że Mariusz robi to praktycznie codziennie, w każdym programie ma pomysły. I co najważniejsze i warte zauważenia, słuchacze „łyknęli” jego postaci i domagają się więcej. To co robi we „Wstawaj Szkoda Dnia” jest naprawdę śmieszne.

WOJCIECH MANN – wiele lat temu wymyślił wraz z Krzysztofem Materną MdM, którego treści się nie zestarzały, wciąż są cytowane i wciąż zaskakują aktualnością i trafnością. Czy może być lepszy komplement dla odkrywcy i demaskatora naszych przywar, głupot i błędnych przekonań? W dodatku Wojciech Mann – choć MdM-u od lat niestety nie ma – wciąż potrafi celnie ukłuć. Tak celnie, że czasami ukłutemu pada na wzrok i nie dostrzega warsztatu redaktora Manna. Po takiej nomen omen szpili możemy się dowiedzieć, że – jak by to absurdalnie nie brzmiało – Wojciechowi Mannowi „warsztatu brakuje”…

Internetowe memy – za całokształt.

Kabaret MUMIO – za nowatorski spektakl KINOTEATR „WELCOME HOME BOYS „.Nie umiem znaleźć słów, aby wyrazić podziw dla ich wyobraźni, finezji, wdzięku i poczucia humoru, które wyrasta z tradycji Kabaretu Starszych Panów i jest uroczo apolityczne i całkiem bezinteresowne. To pure nonsens, który ma głęboki sens.

BARTŁOMIEJ MISIEWICZ– nominowany za bycie muzą numer jeden dla prześmiewców, satyryków i różnych memorobów. Ostatnimi czasy Polska nie byłaby tym samym krajem bez niego.

MICHAŁ OGÓREK – od lat w swych felietonach obnaża wszelkie możliwe absurdy i robi to z wdziękiem i w punkt. Ktoś kto kiedykolwiek napisał jakikolwiek felieton wie, że coś, co tworzy Michał Ogórek to dzieło niezwykle trudne do zrealizowania. No bo jakże łatwo się czyta na przykład: „wraz z nieoglądającymi „Wiadomości” na ulicę wyszli też oglądający, aby zaprotestować przeciwko nieoglądaniu przez tych pierwszych. W efekcie o 19.30 na ulicy są już wszyscy i „Wiadomości” z jednakowym zapałem nie oglądają ani nieoglądający, ani oglądający, co czyni ich tym samym dla pomiarów (nie)oglądalności” a jakże trudno coś takiego wymyślić i napisać.

MACIEJ STUHR - uzasadnienie takie samo, jak rok temu, tyle, że jeszcze bardziej! (Uzasadnienie z zeszłego roku: spełnia w 100% wszystkie warunki: „otwarty umysł, poczucie humoru, dystans do siebie i do świata oraz chodzenie pod prąd fasadowej poprawności i wątpliwej normalności” Ma odwagę mówić to, co myśli. Uroczy artysta i przyzwoity człowiek.)

“SZKŁO KONTAKTOWE” – mogło było się komuś zdawać, że to „baza ludzi umarłych”, a tylu trzyma przy życiu.

MARIUSZ URBANEK -  za felietony w miesięczniku „Odra”; jak zdrowy rozsądek i poczucie humoru pozwalają komfortowo zwiedzać  ”park jurajski” polskiej polityki po awarii systemów zabezpieczających.

Ale jakże pracowity!

Lubię Satyrykon za radosną atmosferę, za to, co prezentuje, ale też za to, że pamięta o twórcach, którzy już odeszli. Ja więc lubię to wydarzenie tak w ogóle! – mówi Artur Andrus, który na Satyrykonie od lat pełni rozliczne obowiązki. Podobnie jak wiele razy w przeszłości poprowadzi więc ceremonię otwarcia jubileuszowego 40. Satyrykonu i oraz galę wręczenia nagród laureatom. Robi to chętnie ponieważ – cytując artystę – dzięki temu ma okazję porozmawiać w wielu językach, których nie zna.

Od 2013 roku Artur Andrus – jako przewodniczący pięcioosobowej kapituły – intensywnie uczestniczy również w wyborze laureatów Szpil Satyrykonu, stosunkowo nowej nagrody jaką Satyrykon przyznaje „niepokornym, idącym pod prąd fasadowej poprawności” osobowościom. Uroczyste wręczenie tych nagród ma miejsce we wrześniu na antenie radiowej Trójki, w Akademii Rozrywki, jednak – również bardzo uroczyste – ogłoszenie corocznych laureatów następuje zawsze podczas Satyrykonu. Polecamy więc ten – na razie trzymany w głębokiej tajemnicy – werdykt Państwa uwadze.

Przede wszystkim jednak Artur Andrus od lat współpracuje przy tworzeniu tej bardzo ważnej części czerwcowego festiwalu, jaką jest kabaretowa estrada Satyrykonu. W jej ramach prezentował już w Legnicy licznych Przyjaciół, Młodych i kolejne „kabaretowe fale”, ostatnio jednak przede wszystkim „kobiety swojego życia” i Przyjaciółki. Wydaje się, że właśnie w pewnej opozycji do tego „trendu” rysuje się tegoroczny „W miarę męski koncert rozrywkowy”. Czy towarzystwo płci odmiennej niż ta, do której Andrus przyzwyczaił nas w ubiegłych latach w Legnicy, odsłoni nieoczekiwaną stronę Jego scenicznej Osobowości? Albo raczej – cytując posiadacza – Osobliwości? O tym po prostu trzeba się samemu przekonać. Na razie słyszymy, że koncert nazwano w miarę męskim  – aby nie oczekiwali Państwo zbyt wiele. Będzie też w miarę rozrywkowy, ponieważ pojawią się tam również wątki liryczne.

afisz_andrus_kilian_mozil_70X50

Przypomnijmy, że duet Andrus-Mozil zadebiutował brawurowo podczas „Męskiego grania” 2016 przebojem „Trzeba mieć specjalną skrzynię”. Nieliczni malkontenci twierdzili, co prawda, że Andrus trochę nie nadąża za muzykami Mozila albo na odwrót, ale przecież od tego czasu panowie mieli wiele okazji aby ćwiczyć. W lansowaną przez nich od tego momentu „inną formę męskości” (tym razem sformułowanie Mozila) bezkolizyjnie wpisuje się znany ze swojego talentu do metamorfoz Mariusz Kiljan. Chętnie przyjmujemy, że jego obecność w tercecie harmonijnie się łączy z Funny Food – towarzyszącym tegorocznemu Satyrykonowi świętem satyry i jedzenia. W końcu kilka miesięcy temu Kiljan pojawił się w Akademii Rozrywki jako „uciekający przed tortem”.
Przebój, będący błyskawiczną reakcją na sensacyjnego newsa, stworzono podobno na zapleczu w pół godziny. Premiera odbyła się przy dźwiękach pianina, nastrojonego jeszcze w czasach obecności Armii Radzieckiej w Legnicy. Widać, że Artur Andrus intensywnie od dawna o naszym satyrykonowym koncercie myśli. Jedyna rzecz, której Artysta w Legnicy prawdopodobnie robić nie będzie to rysowanie. A jeśli narysuję – śmieje się – to podpiszę, żeby nie było wątpliwości, co to jest.  Prawdę mówiąc rysować po prostu nie musi. Już od lat bowiem gości satyrykonowej estrady portretuje  - i sam to podpisuje – Tomasz Broda. W tym roku nawet – zapewne zainspirowany tym „w miarę męskim towarzystwem” narysował i nową karykaturę Andrusa i zmienił na nieco jakby łagodniejszą dotychczas stosowaną kreskę.

 Te „satyrykonowe karykatury kabaretowe” to zresztą też tradycja. Tak w przeszłości Jana Kaczmarka, Jonasza Koftę i wielu innych rysowali Edmund Mańczak czy Małgorzata Młodnicka. Bo wieloletnia współpraca i przyjaźń Satyrykonu ze wspaniałymi  artystami kabaretowymi to właściwie standard. Np. niemal od początku w Satyrykonie corocznie uczestniczył Andrzej Waligórski, który na festiwalowej liście obecności wpisywał się nieodmiennie jako „satyryk piszący”. Wraz z nim zaś przyjeżdżało do Legnicy Studio 202 i Kabaret Elita. O ich pomysłach na rozruszanie publiczności krążą anegdotki, szaleństwa w rozpoczynających Satyrykon korowowach zostały uwiecznione na licznych zdjęciach. Pamięć o tamtych „dobrych czasach” trwa zaklęta w pamiątkowych tablicach pod Filipem, a także w nagrodzie specjalnej przyznawanej jednej z konkursowych prac przez legnickich dziennikarzy. Nie tylko z powodu duchowego pokrewieństwa, ale też zwyczajnej osobistej przyjaźni nosi ona imię Andrzeja Waligórskiego.

W miarę męski koncert rozrywkowy. Artur Andrus, Mariusz Kiljan, Czesław Mozil.
17 czerwca 2017 (sobota), godz.20.00
Akademia Rycerska, sala maneżowa, ul. Ojców Zbigniewa i Michała
bilety: 65zł i 55 zł (przedsprzedaż), 80 zł i 70 zł (w dniu koncertu) – kasa LCK oraz Galeria SATYRYKON, Rynek 36

Sławomir Mrożek (1981)

6 czerwca to dzień, w którym dwa razy „na zawsze” opuszczał Polskę. Pierwszy raz w 1963 roku.  Z daleka jeszcze bardziej  fascynował, inspirował i uczył poczucia humoru kolejne pokolenia.

Satyrykon 1981 fot. Staszek Celoch

Satyrykon 1981 fot. Staszek Celoch

Wspomina Ewa Barciszewska:
„W Mrożku zakochałam się na początku lat siedemdziesiątych ub. wieku.  Najpierw w jego utworach scenicznych i opowiadaniach, potem także w rysunkach. Jakbym więc mogła, organizując parę lat później pierwsze Satyrykony, nie pomyśleć o nim i o jego twórczości… Pomysł wystawy rysunków Mrożka łaził za mną dość długo, ale jakoś nie mógł nabrać realnych kształtów. No bo jak tu nakłonić mieszkającego w Paryżu, tak wybitnego i – jak słyszałam – równie… humorzastego dramaturga, by przygotował wystawę swoich rysunków i zaprezentował je w Legnicy. Wydawało się to mało realne, a na dodatek – jak się nieco później dowiedziałam – mrożkowe rysunki były w oryginale niewiele większe od pocztowych znaczków, a więc zupełnie „nieekspozycyjne”.

Mrożek pasek 1_zm

Rozmawialiśmy w parę osób sporo na ten temat i w końcu pojawił się pomysł genialny w swej prostocie: „Szpilki”! To one systematycznie te rysuneczki publikowały i – jak nas w redakcji poinformowano – w „szpilkowej” szafie graficznej zalegała ich spora kupka. Rzeczywiście były malutkie, ale wystarczyło je sfotografować (technika xero była wówczas w powijakach albo nawet nie było jej wcale), zrobić duże, czytelne odbitki i Mistrza poprosić o autoryzację tak przygotowanej wystawy. Tak też się stało, choć na odpowiedź z Paryża czekaliśmy dość długo.
Dla uwiarygodnienia całości przedsięwzięcia na wystawie w marcu 1981 r. znalazł się także jeden malutki oryginał.”

Mrożek pasek 2_zm

Po powrocie Mrożka do Polski niestety zbyt długo zwlekano z zaproszeniem Mistrza do jury Satyrykonu. Gdy w Legnicy pomysł nabrał realnych kształtów, właśnie szykował się do kolejnego wyjazdu na zawsze.

list_zm

W tym roku,  podczas otwarcia jubileuszowego 40. Satyrykonu, (16 czerwca, godzina 17.00) odsłonimy „pod Filipem” poświęconą Sławomirowi Mrożkowi pamiątkową tablicę.

Funny food czyli powrót do korzeni

Po co powstał Satyrykon? Na proste pytania, nie ma, oczywiście, jednej prostej odpowiedzi. Ale wśród kilku najważniejszych ta zawsze mieściła się bardzo wysoko: aby się wspólnie pośmiać i pobawić. Wbrew szarej rutynie codzienności, głupocie i chorobom biurokracji, płyciźnie kolejnych mód i wszelkim zakrętom historii… Idée fixe legniczan opuszczających zamki i klatki własnych domostw, zakłady pracy, firmy, szkoły, przedszkola, rozpalonego grilla na balkonie, ogródki i działki, by skorzystać z przewidzianych dla nich całkowicie bezpłatnie wesołych atrakcji w opanowanym przez Satyrykon Rynku śniła się pewnie już Andrzejowi Tomiałojciowi. A potem marzyła się nie tylko wszystkim jego następcom, ale i przyjeżdżającym do Legnicy z całego świata artystom. Ostatnio bardzo mocno leży na sercu kierującym Legnickim Centrum Kultury.
Efekt? Chyba nigdy dotąd w swej historii Satyrykon nie miał takiego asa w rękawie, jak przy okazji obchodów jubileuszu 40 lecia. Zgodnie ze starą zasadą „przez żołądek do serc i umysłów” w tym roku zamierza kusić szeroką publiczność nie tylko satyrą i śmiechem.

Funny próba_zm

„Funny Food”, zawłaszczające całą przestrzeń legnickiego Rynku miasteczko satyry i jedzenia będzie oferować swe familijne – przeznaczone dla wszystkich pokoleń – smakołyki nieprzerwanie od południa do późnego wieczora. Od warsztatów pralinek po pikantny folk w wykonaniu muzycznego zespołu „Same suki”. Smaków będzie wiele: prostych i wyrafinowanych, słodkich, korzennych i bardzo ostrych, muzycznych, kabaretowych, plastycznych i filmowych. Na trzy dni przestrzenią „miasteczka” zawładną klauni. Ciekawe zajęcie na warsztatach znajdą dzieci, a wytchnienie i inne rozrywki ich opiekunowie. Po przeżyciach kulturalnych będzie można – nie ruszając się na krok – posilić się w planujących specjalne menu restauracjach i stoiskach. Po jedzeniu – spalić kalorie wspólnie ćwicząc Zumbę. Po wysiłku – poleżakować w specjalnie przeznaczonych do tego strefach odpoczynku. A przy okazji podświadomie chłonąć płynącą z ekranów i estrady historię Satyrykonu. Nie starzejące się ani odrobinę rysunki dawne oraz te najnowsze. Wspomnienia i opowieści znanych legniczan oraz zaproszonych z całego świata gości, ponieważ w tę zabawę włączą się wszyscy. Miejmy nadzieję, że to wystarczająco zachęci do obejrzenia wyjątkowo bogatego programu tegorocznych wystaw… Zdobytą wiedzę będzie można wykorzystać w quizach na temat Satyrykonu, wzbogacić się o kubek lub o własną  fizis przetworzoną w karykaturze. Czy to wszystko się uda? Jak przed każdą premierą organizatorzy mają wielką tremę. Ale też głęboko wierzą, że to projekt , który będzie się rozwijał w następnych latach we współpracy z partnerami z innych krajów.

Szczegółowo kilkadziesiąt powodów, aby nie wyjechać, ale przyjechać do Legnicy na czerwcowy długi satyryczno-kulinarny weekend znajdą Państwo na http://satyrykon.pl/program/ pod zazwyczaj w tym miejscu zamieszczanym programem festiwalu Satyrykon. O wszystkich przygotowywanych atrakcjach będziemy szerzej informować w najbliższym czasie.

Tegoroczny Satyrykon zapowiada się naprawdę pysznie – zachwala nas Gazeta Wrocławska (Sami byśmy aż tak nie śmieli!) mamy nadzieję, że coś z tych smakołyków Państwa skusi.

Skan_565_zm

Lubię większość moich rysunków

odpowiada Magda Wosik, laureatka Grand Prix Satyrykonu 2017

Czy spotkałaś kiedyś ekshibicjonistę? A mówiąc już po­ważnie, jakie sekrety niezręcznie dziś obnażać?

Magda Wosik: Odpowiem tak: inspiracją dla mojego rysunku nie było takie spotkanie. Dzisiaj coraz mniej już tematów tabu, a te które jeszcze są aktualne zachowam dla siebie – to przecież potencjalne tematy rysunków;)

Grand Prix Satyrykonu 2017

Grand Prix Satyrykonu 2017

Po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu jury, pojawiły się głosy, że to taki „grzeczny”, zgodny z aktualnie obowiązującą w Polsce „linią światopoglądową” wybór. To absurdalne, ponieważ jury było międzynarodowe, tym niemniej wydaje się, że bycie satyrykiem to ciężki kawałek chleba. Nawet, gdy przekaz jest precyzyjny i tak wieczne nieporozumienia…

Zaskoczyłaś mnie. Nie dotarły do mnie te komentarze. Ale czy mam się bronić albo tłumaczyć? Kiedy decyduję, że rysunek jest gotowy i wypuszczam go w świat, jest trochę jak pełnoletnie, usamodzielniające się dziecko. Mam co do niego wymagania, nadzieje, wyobrażenia ale właściwie już nie mam wpływu na jego los. Żyje swoim życiem, muszę się liczyć z tym, że widzowie odczytają go na swój sposób, zinterpretują przez pryzmat swoich indywidualnych doświadczeń…

Bierzesz w Satyrykonie udział od wielu lat. Masz tu wiernych wielbicieli, twoje prace zawsze widzimy na wystawach i wielokrotnie były „o włos od” nagród. I nagle Grand Prix. Czy wiązałaś z tą pracą takie nadzieje? Jak myślisz, dlaczego wygrała?

Cóż, lubię większość swoich rysunków. I wszystkim, życzę jak najlepiej. Zatem cieszę się ogromnie z tego sukcesu. Z drugiej strony, to zawsze jest jakieś zaskoczenie, że spośród setek różnych pomysłów na graficzną anegdotę szacowne grono Jury dostrzega, docenia i wybiera akurat ten! Na tegoroczny Satyrykon wysłałam też inne swoje prace i za wszystkie trzymałam kciuki.
W „Ekshibicjoniście” (nieoficjalny tytuł;) spotyka się sacrum i profanum. Może to decyduje o sile tego obrazka.

Czy rysunek satyryczny powinien być śmieszny? Wielu uważa , że wystarczy jeśli daje do myślenia. Pytam, bo mam wrażenie, że właśnie to jest twoją największą siłą. Od wielu lat podczas pokonkursowych wystaw słyszy się, że ten Satyrykon jakoś za mało śmieszny. W tym roku jurorzy też przyznawali, że na kilka tysięcy rysunków zaledwie kilka razy zdarzyło się im naprawdę z serca roześmiać.

Myślę, że to prawdziwa sztuka umieć „rozśmieszyć” rysunkiem. Podziwiam rysowników, którzy to potrafią. I sama chciałabym tak właśnie rysować. Ale nie wszystko co mnie bawi, śmieszy także innych. No i zdarza się, że jakiś temat porusza mnie, intryguje tak, że chcę o nim opowiedzieć ale pomysł nie opiera się na prostym żarcie i jest raczej pretekstem do refleksji.
Sądzę, że rysownicy muszą wyrzucić z siebie przychodzące im do głowy pomysły. To, czy są one śmieszne czy bardziej refleksyjne, ma drugorzędne znaczenie. Kiedy pojawia się pomysł na rysunek, który wydaje mi się w jakiś sposób pociągający, po prostu go robię. Dopiero gdy np. wysyłam go na Satyrykon, muszę zastanowić się, do której z wyznaczonych kategorii go zaliczyć: do żartu czy satyry.

"Dlaczego zostałam satyrykiem" fragment odpowiedzi Magdy Wosik w ramach  wystawy grupy FECO Poland

„Dlaczego zostałam satyrykiem” fragment odpowiedzi Magdy Wosik w ramach wystawy grupy FECO Poland

Na tym Satyrykonie oprócz prac na wystawie pokonkursowej będzie też można zobaczyć twoją „wypowiedź” w ramach wystawy FECO. Dlaczego zostałaś satyrykiem?

Tu chciałabym wykręcić się od odpowiedzi i zaprosić na wystawę. Przygotowanie do niej zmusiło mnie chyba po raz pierwszy do zadania sobie samej tego pytania. Moje wystawowe odpowiedzi są trochę przekorne, a ta najbardziej szczera brzmi: „…może dlatego, że nie zostałam prawdziwym artystą…”

W ramach wystawy na pytanie: Dlaczego zostałeś satyrykiem? oprócz Magdy Wosik odpowiedzą Tomasz Broda, Agata Dudek, Stanisław Gajewski, Jerzy Głuszek, Sebastian Kubica, Małgorzata Lazarek, Grzegorz Szumowski i Zenon Żyburtowicz. Galeria Ring w Legnicy, 13.06.-15.07.2017, uroczyste otwarcie – 16 czerwca, godz.19.00

Wywiad z Magdą Wosik jako kolejny satyrykonowy „news” ukazał się, już tradycyjnie, w Magazynie Gazety Wrocławskiej.

Magda Wosik_GazetaWrocławska_zm

 

Publiczność w Legnicy jest bardziej wymagająca

Maciej Zembaty…1980…1983…1990

Zaprzyjaźniony z Andrzejem Tomiałojciem Maciej Zembaty od początku lat 70. bywał w Legnicy dość często. W ramach Satyrykonu pojawił się trzy razy. W 1980, w 1983, a potem po dłuższej przerwie w 1990. Pierwszy raz się jawi dosyć tajemniczo. Apetyt na satyrykonowy kabareton zaczynano rozbudzać w legniczanach już w styczniu. Jednak choć zapowiadano i Tey i Wały Jagiellońskie, Studio 202 i Jonasza Koftę, o Zembatym jakoś nie było mowy. Tym niemniej później się okazało, że czyniono zakusy, by uczynić go „piszącym uczestnikiem satyrycznego pleneru”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że nieco przytłumiła go barwna indywidualność Jonasza Kofty. Ten odbywał liczne spotkania, wprawił w osłupienie pracowników Zakładów Przemysłu Odzieżowego ELPO, którzy „nie podporządkowali się regułom gry kabaretowej, co utrudniło odbiór skomplikowanych językowo niektórych sekwencji słownych” i zażądali zwrotu pieniędzy, a na balu „wyśpiewywał swoje i nie swoje piosenki”. Zembaty na pewno wystąpił na otwartym spotkaniu dla legnickiej publiczności i na kończącym Satyrykon zamkniętym recitalu. „Ballady do słów Cohena oraz własne kompozycje spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem przez obie grupy odbiorców”.

Maciej Zembaty 1980, fot.Staszek Celoch

Maciej Zembaty 1980, fot.Staszek Celoch

Wspomina Ewa Barciszewska:
„Dyskoteka Satyrykonu” na zakończenie imprezy w 1980 r. odbyła się w hotelu „Cuprum” i jej główną atrakcją miał być występ Macieja Zembatego – bez cenzury, w wąskim gronie osób zaproszonych, w formie przerywników biesiady i zabawy tanecznej. Wśród dyskotekowych gości rysownicy, organizatorzy, szef wydziału propagandy KW PZPR (!) i kabareciarze, którzy jeszcze nie wyjechali, m.in. Jonasz Kofta i Tadeusz Drozda ze swoimi muzykami. Po kilku piosenkach Zembatego nagle na parkiet wychodzi Jonasz, zabiera mu mikrofon i zaczyna swój znany numer, który brzmi mniej więcej tak: Kochani, przed laty napisałem piosenkę, którą dzisiaj w każdej knajpie, od morza do Tatr, mogę za 100 zł zamówić u każdego klezmera, u każdej kapeli i tańczyć przy niej do upadłego. Teraz zaśpiewam ją dla was, a wy, proszę, tańczcie, bawcie się! No i zaczyna się „To była blondynka…”. Natychmiast na parkiet wyciągnął mnie Wojtek Grzymała a Jonasz pozwolił nam nawet podśpiewywać do mikrofonu w charakterze chórku.

Zabawa rozkręcała się coraz bardziej, bo ad hoc przyjęto zasadę, że u każdego obecnego na sali artysty można zamówić… coś do tańca. W pewnym momencie czyjeś zamówienie przyjął Zembaty, ale zanim zaczął śpiewać wstał, rozejrzał się po sali i głośno zapytał: „Czy ta impreza naprawdę jest zamknięta i mogę śpiewać tekst nieocenzurowany?” Po uzyskaniu potwierdzenia zaczął piosenkę Jacka Kleyffa  „Sejm kalek”. Przy refrenie „stuk puk laską w podłogę, sejm, sejm wyraża zgodę…” i rytmicznych oklaskach oczy wszystkich zwróciły się na… towarzysza sekretarza, który – biedaczek – sam nie wiedział, jak się zachować: śmiać się i klaskać z innymi, może wyjść? Siedział w efekcie tych swoich ideologicznych rozterek z bardzo głupią miną, zastygłym na ustach półuśmieszkiem i nerwowo skubał widelcem coś na swoim talerzu. A bal obok i wokół niego trwał…”

Jonasz Kofta, Konkrety, 1980; Maciej Zembaty, Satyrykon 1983, fot. Franciszek Grzywacz

Jonasz Kofta, Konkrety, 1980; Maciej Zembaty, Satyrykon 1983, fot. Franciszek Grzywacz

W 1983 Zembaty przyjechał wraz z Johnem Porterem z programem „Jest czwarta nad ranem”. Pomagałem w opracowywaniu tych piosenek. Wprawdzie nie przepadałem za Cohenem, ale humor Maćka tak mnie ujął, że nie miałem serca mu odmówić. Byłem zdumiony, że w głębokiej komunie pozwolono na program, podczas którego mogliśmy sobie zapalić jointa i poczuć się jak hipisi – wspominał tamten czas John Porter. 9 i 10 marca na występy w klubie Hutnik (na 19.00 i 22.00) „ludziska walili tłumnie” jak donosił rzecznik prasowy Satyrykonu Krzysztof Kucharski. „Maciek Zembaty nie dał nam żadnego tekstu, ale jest naprawdę bardzo miły” informowała nieoficjalna satyrykonowa gazetka.

Satyrykonowa gazetka,  1983; Konkrety, 1983

Satyrykonowa gazetka, 1983; Konkrety, 1983

Po występie w 1990 roku w udzielonym przez Zembatego „Rzeczpospolitej” wywiadzie pojawił się niespodziewanie następujący fragment: Publiczność w Legnicy jest jednak znacznie bardziej wymagająca od publiczności w Chicago i wie, co się w Polsce święci. Nawiązujemy kontakt w pół słowa. W Stanach, przez sam fakt, że jest się z Polski, stanowi się już atrakcję i spełnienie oczekiwań. Tam naszą publicznością są ludzie, którzy wyjechali z Polski 10, 15, 30 lat temu. Dlatego po najaktualniejszych polskich dowcipach zapada martwa cisza. Wobec reprezentantów Polonii trzeba się odwoływać do tego, co pamiętają. W naszej prasie często pojawiają się głosy, że artysta X odbył tournée po Stanach Zjednoczonych. To dobrze brzmi. Na ogół oznacza przejazdy po dwa tysiące kilometrów dziennie, żeby wystąpić w jakiejś salce parafialnej albo w prywatnym mieszkaniu dla dwudziestu osób. Zresztą teraz, wraz z wymienialnością złotówki, różnica pomiędzy tym, co można zarobić w Chicago, a Legnicy znacznie się zmniejszyła. Dziś trzeba szukać sposobu nie na to, aby aluzyjnie dotknąć jakiegoś problemu, tylko żeby naprawdę – poprzez żart i inteligentną refleksję – odkryć jego istotę. To już jest o wiele trudniejsze. (cytat z wywiadu za http://culture.pl/pl/tworca/maciej-zembaty)

Legnica też o Macieju Zembatym pamięta. W tym roku, podczas ceremonii otwarcia Satyrykonu (16 czerwca, godzina 17.00) „pod Filipem” zostanie odsłonięta poświęcona artyście tablica pamiątkowa.