Potwory letnie Magdaleny Burdzyńskiej – wystawa w Galerii Satyrykon.

Od 3 marca w Galerii Satyrykon będzie można oglądać nową wystawę.
„Potwory letnie” to ekspozycja prac Magdaleny Burdzyńskiej – malarki, projektantki graficznej, ilustratorki.
Artystki, która nie boi się zdecydowanych barw i kontrastów, łączy dynamikę przekazu z oszczędną, geometryczną formą. Jej obrazy są nieoczywiste, nasycone ekspresją i symboliką – baśniowe, a zarazem realistyczne.

1565_1582905749

„Z PRZYRODY DOBRE, Z NATURY NIEŚMIAŁE”

Tak właśnie określa swoje letnie potwory ich twórczyni – Magda Burdzyńska, absolwentka malarstwa na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (dyplom w pracowni prof. Adam Brinckena w 2002 roku). Wśród potworów są: himalajski Yeti, amerykańska Wielka Stopa, szkocka Nessie, wreszcie swojska, nasza własna Czarna Łapa (choć najlepiej kojarzona jest ona przez tych, których dzieciństwo przypadło na lata 80. ubiegłego stulecia), no i pewnie jeszcze kilka bliżej nieosadzonych kulturowo gatunków, a zrodzonych w bujnej (do tematu bujności jeszcze wrócę) wyobraźni artystki. Desygnat „letnie” odnosi się według mnie tyleż do pory lata, wakacji, a zatem podróży, przygód, czasu wolnego i większego prawdopodobieństwa „spotkania” któregoś z mitycznych bohaterów – jak wiadomo sezon ogórkowy sprzyja intensyfikacji sensacyjnych doniesień o tym, że wreszcie się udało: widziano, nagrano, sfotografowano itd., co do rozumianej metaforycznie temperatury. Letni, a zatem umiarkowany, czyli tak naprawdę średnio potworny, w ogóle nie taki straszny. No, bo proszę spojrzeć – potwory Burdzyńskiej są przede wszystkim przesympatyczne, to raczej wielkie „pluszaki”, a nie groźne bestie. Pewnie dlatego, że autorka po pierwsze nie poddaje w wątpliwość ich istnienia, a po drugie kocha je wszystkie bez wyjątku.[1] Nawet jeśli wielki stwór pałaszuje właśnie przekąskę w postaci wychudłej panienki. Ale wystarczy rzucić okiem na uroczy pyszczek autorskiej wersji Nessie, by zakochać się w niej od tego pierwszego spojrzenia na podobieństwo miniaturowej postaćki głaszczącej enigmatyczną legendę Loch Ness. Na innej ilustracji przybrała już mniej sympatyczną formę – ni to kiełków, ni to cętkowanych wiciowców, ale zresztą co kto lubi.

Po trzech czarnych łapach harcuje całe stadko różowych golasków. Deminutiwy są tu usprawiedliwione, bo gigantyczne dłonie stają się placem zabaw dla mikroskopijnych, sądząc po zgrabnych nóżkach, kobiecych postaci. Zabieg ten przywołuje skojarzenia z Miminkami - rzeźbami bobasów z włókna szklanego autorstwa Davida Černego – pełzającymi po wieży telewizyjnej na praskim Żiżkowie. Do roli owada został sprowadzony chłopczyk z charakterystycznym czubem (dalekie echo barokowych amorków?) stojący na paznokciu palucha Wielkiej Stopy i obserwujący go przez lunetę lub próbujący porozumieć się z olbrzymem za pomocą trąbki. Zabiegi z przeskalowaniem są jednym z ulubionych chwytów Burdzyńskiej, wywołują też natychmiast atmosferę nadrealistycznego absurdu. Ćma (lub inny latający insekt) jest tej samej wielkości co ludzik, łapa jest większa nie tylko od postaci dziecka, ale i od całego łóżka, a oko ma rozmiar głowy. Ten motyw z kolei przywodzi na myśl płody wyobraźni uznanych surrealistów: Maxa Ernsta, René Magritte’a czy Daniela Mroza. Inny surrealista, Yves Tanguy, jak się wydaje, zaraził ją pastelowymi przestrzeniami (u Burdzyńskiej najczęściej blady, wręcz prawie wyblakły róż, rzadziej jasny fiolet czy turkus lub po prostu biel) oraz używaniem organicznych form przypominających egzotyczne rośliny – zwłaszcza storczyki i rosiczki, wężowate stwory, a może powiększone widoki z mikroskopu jakichś bakterii lub protistów. Tęczowe zestawy barw w realizacjach artystki odróżniają ją z kolei od czarno-białych światów znanych z grafik Mroza czy Ernsta. Tym cyrkowym, jarmarcznym, gamom bliżej jest więc do oryginalnej psychodelii przełomu lat 60. i 70. XX wieku. To z niej wywodzą się też jęzory tęczy spływające skąd popadnie, na przykład z paszczy smoka wężowego, lub wielobarwny pejzaż z kilkoma słońcami. A kto lubił królestwo Gżdaczy z komiksu Trzynaste piórko Eufemii Macieja Wojtyszki z ilustracjami Grażyny Dłużniewskiej (1977), poczuje się jak w domu.

Światy przedstawione Magdy Burdzyńskiej wypełniają ogony, języki, formy amebopodobne, różnorakie wypustki, frędzle i kudły, a także wici, porosty, liany, kępy liści, łodygi w wężowych splotach, drapieżne kielichy kwiatów (czy pamiętacie Państwo czeską komedię Adela jeszcze nie jadła kolacji w reżyserii Oldřicha Lipskiego) łakomie wyginające się w kierunku swych nieświadomych niczego ofiar. A może to jednak roślinno-ludzkie hybrydy – gatunek nieznany biologom, ale za to naszej artystce znany doskonale. Koncept by z kończyn dolnych uczynić pręciki jej mięsożernych roślin jest doprawdy znakomity i jako żywo wpisuje się w tradycję nonsensownych atlasów botanicznych Edwarda Leara z lat 70. XIX wieku. Na podobieństwo rosiczki muchołówki mogłyby się one na przykład nazywać rzęsiczki nóżkołówki. Są w jej ilustracjach i kapturnice, i dzbaneczniki, są też pająki o wiotkich odnóżach – może to zabawna, bo flegmatyczna Czarna Rozwódka, która rozmiarami rozsadza tropikalną multikolorową dżunglę. Te biologiczne motywy oraz jaskrawe kontrastowe barwy przywołują na myśl obrazy szwedzkiej prekursorki abstrakcji Hilmy af Klint.

Kudłate stwory, zwłaszcza te duże, o dobrotliwych obliczach mają w sobie ten sam pierwiastek życzliwości co kreatury Maurice’a Sendaka z jego autorskiej książki Tam gdzie żyją dzikie stwory. Kapitalny jest portret rodzinny potworów Burdzyńskiej, w którym na pierwszym planie leżą w tonacji makabreski czarne elementy pourywanych kończynek. Multiplikacje różnych motywów, z jakich artystka buduje swoje postaci, dodatkowo jeszcze zwiększa ich fantastyczność.     

Burdzyńska na zmianę stosuje strategię amor vacui i horror vacui – od prawie pustych przestrzeni z jednym elementem przedstawienia umieszczonym na skraju obrazu, przez centralnie zakomponowane portrety potworów, po „zaprojektowane” kompozycje złożone z wielu motywów, niejednokrotnie multiplikowanych i zagęszczonych prawie do granic czytelności. Znać wyczucie tych aranżacji, bowiem bez względu na rodzaj są one bezsprzecznie atrakcyjne wizualnie. Artystka dobrze radzi sobie zarówno z tradycyjnymi, jak i z nietypowymi układami kompozycyjnymi.

Ilość skojarzeń wizualnych w jej pracach wydaje się uzasadniona, bo Burdzyńska śmiało korzysta z bogactwa i różnorodności minionych stylistyk oraz współczesnych trendów w projektowaniu graficznym. Grafika wektorowa doskonale sprawdza się na usługach estetyk vintage. A same potwory właściwie też są takie trochę staroświeckie. Nie ma wątpliwości, że mimo to bohaterowie wyobraźni Burdzyńskiej dobrze się czują w naszej ponowoczesnej rzeczywistości. Poznajcie ich!

Anita Wincencjusz-Patyna


[1] Tak zeznawała w naszej korespondencji ze stycznia 2020 roku. Archiwum własne.

2257_1582844717 2257_1582844693 2257_1582844665

Magdalena Burdzyńska

Pochodzi z Tarnowa. Studiowała malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Zajmuje się projektowaniem graficznym, ilustracją i malarstwem. Jest autorką identyfikacji wizualnych, publikacji oraz aranżacji wystaw.

W 2017 roku otrzymała nagrodę w konkursie PTWK Najpiękniejsza Książka Roku 2016 za projekt graficzny książki Tadeusza Różewicza i Adama Haławeja pt. Śmietnik. W 2019 roku po raz kolejny otrzymała nagrodę w konkursie PTWK Najpiękniejsza Książka Roku 2018 za ilustracje i projekt graficzny książki Quarks, Elaphants & Pierogi: Poland in 100 Words. W tym samym roku została laureatką II-giej nagrody w 4. Przeglądzie Muzeum Widzialne za nową identyfikację Muzeum Fotografii w Krakowie.

Współpracuje z wieloma instytucjami kulturalnymi. Brała udział w wystawach w kraju i za granicą. Mieszka i pracuje w Warszawie.

Magdalena Burdzyńska „Potwory letnie”
3.03 – 30.04.2020 r.
Galeria Satyrykon, Legnica, Rynek 36